Podawał się za biznesmena, ale jak wszystkie znaki na niebie oraz ziemi wskazują jest oficerem wywiadu zamieszanym w zamach na lidera palestyńskiego Hamasu. Jest ścigany mocą europejskiego nakazu aresztowania, ale zapewne ocali skórę. Uri Brodsky jest bowiem agentem izraelskiego Mossadu, ujęto go w Warszawie, a o jego wydanie upominają się niemieckie władze. Lecz gdyby przychylić się do ich prośby zapewne podniósłby się wrzask, że Polacy znów wydają Niemcom Żydów. Poniżej publikujemy najnowszy artykuł p. Olgierda Domino.
Redakcja "Biuletynu"
__________
Na początku czerwca służba graniczna na lotnisku Okęcie zatrzymała mężczyznę, który chciał wjechać do Polski z paszportem Uri Brodsky. Posiadacz tego dokumentu albo był przekonany o swej kompletnej bezkarności albo też wykalkulował, że w Warszawie panuje całkowity bałagan i nikt nie orientuje się, iż obywatel izraelski o tym nazwisku podejrzany jest o współudział w logistycznych przygotowaniach styczniowego zamachu na lidera radykalnego ugrupowania palestyńskiego Hamasu p. Mahmuda al-Mabhuha, który od lat był dla Izraela istnym cierniem w boku. Służby bezpieczeństwa państwa żydowskiego zarzucały mu m.in. uprowadzenie oraz zamordowanie dwóch izraelskich żołnierzy w 1989 roku. Poza tym był on odpowiedzialny za dostawy broni do Strefy Gazy, a takiej antyżydowskiej aktywności nie można puścić płazem. W styczniu tego roku zwłoki Mabhuha znaleziono w luksusowym hotelu "Al Bustan Rotana" w Dubaju. Służby Zjednoczonych Emiratów Arabskich oskarżają o morderstwo izraelski wywiad. Oczywiście Izrael w żywe oczy zapiera się jakichkolwiek powiązań z domniemanymi mordercami arabskiego handlarza bronią. Jednak śledczy z Dubaju podejrzewają, że zlikwidowało go komando dwudziestu sześciu izraelskich agentów posługujących się w tej morderczej akcji obcymi paszportami. Dwunastu z nich posiadało brytyjskie, sześciu - irlandzkie, czterech francuskie, trzech australijskie, z kolei jeden niemieckie dokumenty tożsamości.
Oczywiście polscy pogranicznicy nie działali na chybił trafił. Posłuchali podszeptów swych niemieckich kolegów. Łapiąc na naszym terytorium Żyda działającego na szkodę Niemiec wykazali się chyba zbędną nadgorliwością i zrodzili podejrzenia, że nasze służby są już teraz tylko filią służb bezpieczeństwa zachodniego sąsiada. Domniemany Brodsky został zatrzymany na podst. zarzutu prowadzenia działalności szpiegowskiej na rzecz obcego wywiadu na terenie RFN a także pomocy w nielegalnym pozyskaniu dokumentów. Jest też poszukiwany jest w Niemczech za pomoc w zdobyciu paszportu nieuprawnionej do tego osobie, która brała aktywny udział przy uśmierceniu lidera Hamasu. Według ustaleń Prokuratury Federalnej w Karlsruhe 18 czerwca 2009 roku Brodsky miał też towarzyszyć owemu drugiemu domniemanemu agentowi Mosadu, który składał wniosek paszport w urzędzie meldunkowym Kolonii. Mężczyzna ów twierdził, że na stałe mieszka w tym mieście. Przedstawił też wyciąg z aktu małżeństwa swych rodziców, którzy rzekomo byli ofiarami prześladowań nazistów. Mając "mocne" argumenty na paszport nie musiał on długo czekać. Zdobywszy papiery na nazwisko Michael Bodenheimer człowiek ten wyjechał do Dubaju na krótko przed zamachem na Mabhuha i tam sprawnie przeprowadził swą mokrą robotę. Sęk w tym, że prawdziwy Michael Bodenheimer to rabin, który mieszka spokojnie w Tel-Awiwie i jak zaklina się na wszelkie świętości nie ma nic wspólnego z operacją w Dunaju.
Taka ciuciubabka z prawdziwą tożsamością Bodenheimera rodzi też wątpliwości, czy na Okęciu ujęto prawdziwego Brodsky'ego. Zatrzymany nie wypiera się, że tak istotnie się nazywa. Ale też i słusznie dowodzi, że nie jest jedynym Urim Brodskym żyjącym na świecie. Jest przekonany, że mógł nastąpić błąd co do jego tożsamości. Ale według prokuratury, paszport Brodsky'ego nie budzi wątpliwości. O tym, że Niemcy domagają się wydania właściwego człowieka świadczyć mają jego karty kredytowe. Te dokumenty nie zawierają jednak elementów biometrycznych (linii papilarnych czy siatkówki oka). Odciski palców pobrano Brodsky'emu zaraz po zatrzymaniu i natychmiast zostały one wysłane do Prokuratury Federalnej w Karlsruhe. I chociaż o rezultatach porównania nic jeszcze nie wiadomo to już samo zatrzymanie podejrzanego w Polsce doprowadziło do dyplomatycznych komplikacji. Izraelska ambasada w Warszawie interweniowała w tej sprawie u polskiego rządu. Chce powstrzymać ekstradycję swojego człowieka od zadań specjalnych do Niemiec. Z kolei w Berlinie liczą, że Uri Brodsky szybko trafi w ich łapy. Domagają się od strony polskiej, by "dotrzymała ustaleń i umów międzynarodowych". Sprawa ma polityczny wymiar, ale posiada też podstawy prawne, które w tym wypadku mają duże znaczenie, poucza Michael Hartmann, poseł SPD oraz członek gremium parlamentarnego w Bundestagu.
Polska znalazła się pomiędzy młotem a kowadłem, gdyż Izrael naciska, aby Żyda nie wydawać Niemcom i pozwolić mu wrócić do kraju. Władze w Tel-Awiwie obawiają się, że Niemcy mogą z czasem przekazać podejrzanego do Dubaju. I chcą temu zapobiec za wszelką cenę. W obronę rzeczywistego czy też "klonowanego" Uriego Brodsky’ego mocno zaangażowało się też dwóch członków izraelskiego gabinetu. Pozwolę sobie przypomnieć, że Polska nie jest częścią Niemiec i podejmuje swe decyzje całkowicie suwerennie. Liczę też, że serdeczna przyjaźń łącząca nasze kraje pomoże zapobiec w przekazaniu go Niemcom - twierdzi minister turystyki Stas Miseżnikow. Dodał, iż "Polska powinna powiadomić Niemcy, że odeśle mężczyznę do Izraela i jeśli są jakieś zarzuty wobec niego to mamy system prawny, który udowodnił swoją wiarygodność wobec prawa międzynarodowego". A minister transportu Izrael Kac kategorycznie przypomina, że "Izrael musi sprzeciwiać się ekstradycji któregokolwiek ze swoich obywateli do krajów trzecich i stosować wszystkie środki, by zapewnić im powrót do swego ojczystego kraju". Ministerstwo Spraw Zagranicznych ograniczyło się jedynie do potwierdzenia informacji o "aresztowaniu obywatela Izraela w Polsce" podkreślając, że izraelski konsulat zajmuje się tą sprawą.
Walka o agenta Mosadu doprowadziła do dyplomatycznych tarć pomiędzy Berlinem a Tel-Awiwem, chociaż obie strony odżegnują się od tego zdecydowanie. Izrael jest zaś zaprzyjaźnionym krajem, a Mossad należy do zaprzyjaźnionych służb. Nie oznacza to jednak, że przyjaciele mogą w naszym kraju sięgać po wszystkie środki i metody lub je tolerować - tłumaczą przedstawiciele władz w Berlinie. Z kolei Izraelczycy ironicznie przypominają, że Niemcy dość często kompletnie ignorują obecność na swojej ziemi nawet najbardziej znanych międzynarodowych terrorystów z państw Bliskiego Wschodu, a tu raptem z powodu działań wywiadowczych jednego agenta służb sojuszniczego Izraela wszczynają tyle hałasu. W grę włączyła się także trzecia strona. Ekstradycji Brodsky'ego domagają się również Zjednoczone Emiraty Arabskie. A postawienie go tam przed sądem popiera również rodzina zabitego lidera Hamasu. Wzywam wszystkie państwa, których sfałszowanymi paszportami posłużono się przy mordowaniu mego brata, by wydały tych kryminalistów policji w Dunaju, bo tylko na miejscu zbrodni mogą oni zostać sprawiedliwie osądzeni - twierdzi Hussein al-Mabhouh, brat zgładzonego.
Polska nie podjęła jeszcze decyzji w sprawie ekstradycji Brodsky'ego. Teoretycznie ma na to 40 dni, ale rzeczniczka prasowa prokuratury w Warszawie Monika Lewandowska stwierdziła, że "na pewno nie będziemy czekali do końca, aby sformułować wniosek o wydanie ściganego stronie niemieckiej". Dodała, że strona polska czeka na oryginał dokumentu Interpolu i sprawdzenie autentyczności paszportu Brodsky'ego. A kiedy je otrzyma, "od razu skieruje wniosek do Sądu Okręgowego o wydanie aresztowanego do Niemiec". Papiery takie dostarczono sądowi w ubiegłym tygodniu. Ale co będzie, jeśli władze Polski ostatecznie zdecydują się na ekstradycję domniemanego izraelskiego szpiega do Niemiec? Są trzy warianty dalszego rozwoju wydarzeń. Uri Brodsky może zostać uwięziony już w trakcie procesu sądowego. Ale też zaraz po przejechaniu mostu na Odrze nakaz aresztowania może zostać cofnięty, co spowoduje natychmiastowe uwolnienie agenta. Istnieje również możliwość, że Uri Brodsky nie spędzi za kratami niemieckich aresztów ani dnia czy godziny. Po odebraniu mu paszportu i wpłaceniu wysokiej kaucji p. Brodsky na czas dochodzenia sądowego pozostanie na wolności oraz odpowiadać będzie z wolnej stopy.
Olgierd Domino
19 czerwca 2010
Awantura o agenta...
18 czerwca 2010
Nowe felietony Adama Leksa

Foto:
Wyk. Tadeusz Zieliński
Na zdjęciu - kol. Adam Leks
ROZMOWY KTÓRE MIEWAŁ
KRÓL SALOMON MĄDRY
Plusy dodatnie, plusy ujemne
Jarosław Kaczyński podczas swoich rządów posadził dęby, które miały świadczyć o prawdziwości jego obietnic wyborczych. Niestety wszystkie ponoć uschły, co z radością odnotowały media nieprzychylne "reżymowi" Kaczyńskich. Podobno niezwyciężony marszałek Bronisław Komorowski w odwecie posadził figi. No i patrzcie moi państwo, wszystkie się przyjęły. I to pomimo, iż nie służy im nasz klimat. Chyba decydującym tutaj czynnikiem była ręka "ogrodnika". Bo boskiej sobie nie wyobrażam. Jak donoszą marks media charyzmatyczny pan Owsiak zamierza pomóc premieru Tusku pomagając powodzianom. Organizuje w tym celu zbiórki pieniędzy między innymi na pompy wodne. W sumie inicjatywa pożyteczna, tylko poniekąd trochę spóźniona. Więc póki co będzie można na razie przepompować do głowy trochę oleju pomysłodawcy tego projektu oraz jego pomagierom. O przepompowaniu gotówki do kieszeni powodzian już nie wspomnę.
Ludzie ludziom zgotowali ten los...
Jest wieczór wyborczy 4 lipca 2010 r. Druga tura wyborów na prezydenta Polski. Ważą się losy czy będziemy mieli prezydenta, czy tylko "prezia". Wszystko wskazuje na to, że będzie to jednak "prezio" - dwojga imion Bronisław Maria Komorowski. No cóż, jak pisała w swoich "Medalionach" Zofia Nałkowska - "Ludzie ludziom zgotowali ten los". To najlepsze podsumowanie tegorocznych wyborów oraz demokracji w ogóle. Można się starać, można wiązać nadzieje, aż tu przejedzie walec i wyrówna, a raczej zrówna z mierzwą wszystko co było wartościowe. I znowu trzeba na nowo wtaczać ten kamień pod górę. I znów. Jak ten Syzyf. I tak dalej bez końca. Najbardziej wytrwałym opadają ręce, więc po cóż się męczyć ? Nie lepiej płynąć z kloacznym prądem? W tym kraju przecież nic się nie zmieni. Rządzić tu będą zawsze łajdacy, którzy swoje sumienia oddali w pacht diabłu. Po nich z kolei przyjdą ich dzieci. I tak dynastie łajdaków będą nami poniewierać bez końca. Mimo tych gorzkich słów może znajdą się jacyś optymiści, którzy będą dalej widzieć w tym tunelu jakieś światło. Ja jednak uzbrojony w wiedzę lat dwudziestu im odpowiem - "Porzućcie wszelką nadzieję!".
Adam Leks
Redaktor "Biuletynu"
__________
Co dalej po wyborach?
Ruch wolnościowy skupiony wokół Jana Korwina Mikke, czy to w formie UPR, WiP czy innych organizacji, fundacji, stowarzyszeń i redakcji zawsze borykał się z podstawowym problemem: nie miał struktury partii politycznej. Składał się z reguły z grupy kilkuset działaczy, którzy chcieli udzielać gorszych czy lepszych rad, gdy natomiast przychodziło do realnych działań wyborczych grupa taka topniała o dwie trzecie i nawet "działaczy" zajmujących pierwsze miejsca na listach bardzo ciężko było nakłonić do jakiejkolwiek aktywności. A już wszystkie pozostałe osoby funkcjonowały na tych listach jako klasyczni "zapychacze" robiąc łaskę, że można było się posłużyć ich nazwiskami. W konsekwencji większość kampanii to była typowa "partyzantka" i ciężko powiedzieć, czy poprzez jej prowadzenie organizacje te w ogóle wpływały w jakiś sposób na swój wynik.
Krokiem do budowy nowej prawicy musi być próba utworzenia struktury o charakterze partii politycznej, a jej cechą jest oparcie terytorialne o kształt organizacyjny państwa, w którym ma być budowana. W przypadku Polski poziomem, na jakim trzeba zacząć budowanie struktury są powiaty. Taka partia, która chce odnieść liczący się sukces musi posiadać co najmniej dwóch stałych przedstawicieli w każdym powiecie, na przykład szefa oddziału powiatowego i jego skarbnika. Ponieważ powiatów w Polsce jest około 380, wynika z tego, że aby pokryć siecią organizacyjną cały kraj potrzeba minimum ośmiuset działaczy. Zebranie ich w spójną całość to warunek "sine qua non" politycznej skuteczności, chociaż nie gwarantujący jeszcze sukcesu. Bez stworzenia takiego aparatu wszelkie próby działania wyborczego w zasadzie ograniczają się do zapewniania sobie dobrego samopoczucia oraz przekonania, że walczyło się o słuszną, chociaż w istocie beznadziejną sprawę. Pierwszym etapem budowania nowej wolnościowej prawicy musi być sprawienie, by żaden powiat nie był pozbawiony jej przedstawicieli. Wiadomo, że z większości powiatów ktoś na pewno się zgłosi. Gdy jednak jakiś powiat pozostanie białą plamą, trzeba do niego dotrzeć i znaleźć osoby, które by do struktury wstąpiły. Czy takie działania mają szansę na realizację? Jestem bardzo ciekaw, zaś wybory samorządowe przecież już w listopadzie.
Tomasz Sommer
17 czerwca 2010
"Nasz Dziennik" o Wysoku

Nienawiść znienawidzona
Jak wiadomo, na świecie pełnym złości nie ma nic gorszego, niż nienawiść. Z drugiej jednak strony wiadomo również, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, a zatem i nienawiść, aczkolwiek najgorsza też musi mieć jakieś dobre strony. Starsi ludzie pamiętają, jak to marksiści wychwalali pod niebiosa "nienawiść klasową", jako swego rodzaju parowóz dziejów, przeciwstawiając ją nienawiści rasowej, która nie tylko była niesłuszna, ale stanowiła również przykład zła absolutnego. Dla każdego postępowego człowieka jest oczywiste, że o ile mordowanie arystokratów, chłopów, ziemian, kupców, księży i tym podobnych może być słuszne, zaś w przypadku rewolucji francuskiej czy bolszewickiej - nawet jedynie słuszne - o tyle mordowanie na przykład Żydów, zwłaszcza gdy obiektywnie nie służy to socjalizmowi, w żadnym wypadku słuszne być nie może. Do nienawiści nie można podchodzić w sposób uproszczony, żeby nie powiedzieć - prostacki. Nienawiść w słusznej sprawie może być dopuszczalna, natomiast w sprawie niesłusznej dopuszczalna być nie może. Wszystko zatem zależy od tego, kogo nienawidzimy i z jakich pozycji. Jeśli na przykład nienawidzimy nosicieli nienawiści, to nie musimy naszemu szlachetnemu uczuciu stawiać żadnych ograniczeń. Cóż bowiem zasługuje na nienawiść bardziej niż nienawistnicy? Dlatego też nienawiść powinna być znienawidzona.
I z tego zapewne założenia wychodzi Stowarzyszenie Otwarta Rzeczpospolita. Tworzą je osoby, które totalniactwa uczyły się od samego Stalina, więc prawidłowy stosunek do nienawiści zstąpił u nich do samych, można powiedzieć, instynktów. I ten nieomylny instynkt, wspomagany hojnymi subwencjami "filantropa", jak niechybna ręka Jeżowa, wskazuje im, których nienawistników trzeba nienawidzić. Chodzi oczywiście o to, by świat od nienawiści uwolnić, czego nie da się zrobić inaczej, niż przez jej bezwzględne wytępienie. Zanim jednak nienawiść zostanie wytępiona, trzeba nieubłaganym palcem wskazać nienawistników, gdyż inaczej misja uwolnienia świata od nienawiści może okazać się nieudana. Dlatego też Stow. Otwarta Rzeczpospolita na obecnym etapie skupia się na wskazywaniu nienawistników nieubłaganym palcem prokuraturze oraz niezawisłym sądom w nadziei, że te zrobią z nimi porządek. Dzięki hojnemu wsparciu finansowemu walka z nienawiścią przynosi pewne sukcesy. Jak zauważa członek Rady Programowej Stowarzyszenia pan Andrzej Osęka "zaczepianie idących w pochodzie Żydów jest rzeczą rzadko spotykaną, bo niebezpieczną", chociaż z drugiej strony twierdzi, że "od co najmniej kilkunastu lat wzrastają w Europie nastroje rasistowskie, antysemickie oraz ksenofobiczne". Jeśli nie jest to tylko próba wyciągnięcia kolejnych subwencji, to warto się zastanowić, czy ten drugi objaw nie jest aby reakcją na pierwszy.
A właśnie, kiedy Polska, w przerwach między zwycięskimi historycznymi inscenizacjami, narkotyzuje się również wojną na symbole, 12 sierpnia br. przed niezawisłym sądem w Lublinie nastąpi wznowienie procesu redaktora Wysoka oskarżonego o nawoływanie do nienawiści. Delatorem był dziennikarz lubelskiej mutacji "Głosu Ca..." tj. pardon - oczywiście "Gazety Wyborczej" Karol Adamaszek, ale dopiero pan prof. nadzwyczajny Konrad Zieliński, politolog z UMCS podsunął prokuraturze, z jakiego klucza powinna śpiewać. Na przykład zaniepokoił się tym, że Grzegorz Wysok "jedyną analogię do rzezi Polaków na Kresach Wschodnich w 1943 znalazł w zagładzie Ormian". Tymczasem każde wytresowane w politgramocie dziecko wie, że Ormianie nie mają tu nic do rzeczy i autor przede wszystkim powinien odnieść się do holokaustu - tak samo, jak w swoim czasie obdarzony instynktem samozachowawczym politolog powinien zacytować Stalina. A w publikacji Grzegorza Wysoka chodziło głównie o roszczenia w wysokości 65 mld dolarów, jakie organizacje żydowskie wysuwają pod adresem Polski. Ale ponieważ lustracja została zastopowana, to i ja sobie też nie żałuję. Oto jeden z moich tajnych współpracowników, który przeniknął do bezpośredniego otoczenia "światowej sławy historyka" Jana Tomasza Grossa, właśnie mi raportuje, iż przystąpił on do opracowania swego opus magnum, do którego w gruncie rzeczy został wynajęty - a mianowicie do opisania majątku pozostawionego na terenie Polski przez Żydów. W tej sytuacji nic dziwnego, że Stowarzyszenie Otwarta Rzeczpospolita, w miarę eskalacji nacisku na zadośćuczynienie tym roszczeniom, nieubłaganie zaostrza walkę z nienawiścią - żeby podczas dokonywania tego rabunku Polski nikt nie odważył się, ani też nie miał gdzie nawet pisnąć.
Stanisław Michalkiewicz
Źródło -
"Nasz Dziennik" nr 176 (3802)
z 30 lipca 2010 r.Foto:
Wyk. Tadeusz Zieliński
Na zdjęciu - w całym mieście rozwieszono
kilkaset plakatów informujących
o rozprawie red. Wysoka
W opinii krąży wiele mniej lub bardziej wiarygodnych legend, które opisują życie za więziennym murem. W życiu przeciętnego człowieka zakład karny jest bytem obcym, mało poznanym i nieinteresującym, choć perspektywa znalezienia się za więziennymi kratami budzi przerażenie oraz odstrasza przed popełnieniem czynów zabronionych. Prezentuję najnowszy artykuł pana Karola Bońskiego, który świadczy do czego może doprowadzić nieznajomość przepisów prawa.
Tadeusz Zieliński
__________
Jak łatwo trafić do więzienia?
Wszystkim wydaje się, iż w zakładzie karnym przebywają jedynie pozbawieni wszelkich moralnych przymiotów degeneraci, nieprzywykli do codziennej pracy oraz niepotrafiący normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Osoby, które odbyły karę są w pewnym stopniu naznaczone i wykluczone społecznie, nie mogą wykonywać wielu zawodów i zajmować określonych stanowisk, przez co często nie potrafią ułożyć sobie życia na wolności. Wielu ludzi przed popełnieniem określonych czynów zabronionych odstrasza więc nie tylko sama groźba ukarania, w tym także możliwość umieszczenia w zakładzie karnym, lecz późniejsze konsekwencje, które się z tym wiążą. Przepisy zawarte zarówno w kodeksie karnym, jak i w wielu ustawać szczególnych, obok kary pozbawienia wolności przewidują kary lżejsze: grzywny i ograniczenia wolności. Wydaje się także, że nawet jeżeli oskarżony zostanie skazany na karę pozbawienia wolności, to sąd orzeknie wobec niego warunkowe jej wykonanie, wyznaczając kilkuletni okres próby. Można więc uznać, że w więzieniu znajdą się sprawcy najcięższych czynów, którzy ze względu na szczególne okoliczności popełnionych czynów oraz predyspozycje osobowe nie mogą przebywać na wolności nie zagrażając społeczeństwu. Jednak w rzeczywistości często jest inaczej.
Należy zaznaczyć, iż każdy sąd orzekając karę pozbawienia wolności z warunkowym jej wykonaniem na okres próby nakłada na skazanego liczne obowiązki zobowiązując go do wykonywania stałej pracy zarobkowej, do podjęcia nauki, przygotowania do zawodu, powstrzymywania się od nadużywania alkoholu, poddania się leczeniu (w szczególności odwykowemu) czy powstrzymywania się od utrzymywania kontaktu z osobami karanymi. Jeżeli Sąd ustali, iż w okresie próby skazany nie zrealizował nałożonych obowiązków, a jego zachowanie świadczy, iż nie przestrzega zasad współżycia społecznego może odwołać warunkowe zawieszenie wykonania kary pozbawienia wolności oraz zarządzić umieszczenie w zakładzie karnym. Wiążąca jest tutaj opinia kuratora sądowego, który prowadząc nad skazanym dozór poznaje jego pogląd na otaczającą rzeczywistość, cechy osobowościowe, sposób życia oraz ocenia, czy może on poprawnie funkcjonować w społeczeństwie. Najczęściej jednak skazany znajdzie się za więziennym murem w sytuacji, gdy w okresie próby popełni nowe przestępstwo. Podkreślić należy, iż skazany zostanie umieszczony w zakładzie karnym obligatoryjnie w sytuacji, gdy w okresie próby popełni przestępstwo podobne, za które uważa się przestępstwo należące do tego samego rodzaju. Dlatego znaczną część więziennej populacji stanowią pijani kierowcy, a zwłaszcza rowerzyści. Analogiczna sytuacja spotka osobę skazaną np. za kradzież, która w okresie próby dopuszcza się rozboju czy kradzieży z włamaniem. Smutny los czeka też skazanego za niewywiązywanie się z ciążącego obowiązku alimentacyjnego. Często taka osoba, pomimo skazania na karę pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem jej wykonania, w okresie próby, me mając środków do samodzielnego życia, nadal nie łoży na utrzymanie swego bliskiego, popełniając tym samym kolejne przestępstwo będące przestępstwem podobnym.
Wspomnieć należy, iż sąd może zamiesić skazanemu łagodniejsze kary jak grzywnę czy ograniczenie wolności na karę pozbawienia wolności w razie nich niewykonania. Nie każdy wie, iż nawet przez miesiąc świat zza więziennych krat mogą oglądać również osoby ukarane za popełnienie wykroczenia. Sytuacja taka nastąpi, gdy ukarany nie uiści w terminie grzywny, której wysokość przekracza 500 złotych. Istnieje wówczas wysokie prawdopodobieństwo, iż Sąd zamieni taką karę na karę aresztu przyjmując, iż jeden dzień aresztu jest równoważny grzywnie w kwocie od 20 do 150 złotych. W związku z tym w przypadku zlekceważenia wezwania do zapłaty grzywny w wysokości np. tysiąca złotych Sąd umieści ukaranego w wiezieniu na okres 20 dni przyjmując, iż jeden dzień aresztu jest równoważny grzywnie w kwocie 50 zł. Niestety, pomimo że nikt nie chce trafić do więzienia to wielu znalazło się tam poprzez nieznajomość przepisów prawa, brak troski o własną sytuację prawną czy zwykle lenistwo. Aby więc uniknąć widoku na betonową ścianę i towarzystwa kilku, nie zawsze przyjaznych, współtowarzyszy niedoli, nie należy lekceważyć wyroków pamiętając, iż od odpowiedzialności bardzo trudno jest uciec.
Karol Boński
16 czerwca 2010
Intronizacja Chrystusa
Lublin, 9 VI 2010 r.
Sz. Pan
Prezes Prawa i Sprawiedliwości
Jarosław Kaczyński
Apel
W imieniu organizacji intronizacyjnych w Polsce zwracamy się ze stanowczym apelem, aby jako Prezydent Rzeczypospolitej dokonał Pan niezwłocznie aktu intronizacji Jezusa Chrystusa na Króla Polski. Trzysta pięćdziesiąt lat temu król Jan Kazimierz zorientował się, że Polska znalazła się o krok od całkowitego unicestwienia. I wówczas stało się coś niemożliwego. Klasztor Jasnogórski zwycięsko odparł atak szwedzkich najeźdźców. Król prawidłowo odczytał to zdarzenie, że Jezus Chrystus z mocą wkroczył w dzieje Polski. Przypomniał narodowi pogrążonemu w depresji, że jest i go nie opuści w krytycznej chwili. Obronił też przed najeźdźcami stolicę swojej Najświętszej Matki. Zakomunikował tym samym, że żąda przymierza z Panią Jasnej Góry, a wtedy Rzeczypospolita usunie Szwedów ze swojej ziemi. Jan Kazimierz był miernym graczem politycznym, ale szybko zrozumiał komunikat z Nieba. Zaraz po zakończeniu oblężenia klasztoru dokonał aktu intronizacji Matki Boskiej na Królową Polski. Ostatecznie Szwedzi zostali przepędzeni z naszego kraju.
Obecnie państwo polskie jest w równie krytycznej sytuacji. 80 lat temu Ignacy Mościcki wzgardził apelem Zbawiciela przekazanym wówczas przez Rozalię Celakównę. Skutek jest taki, że Polska nie może odzyskać suwerenności, a naród pozostaje odsunięty od władzy nad własnym krajem. Dziś Chrystus domaga się, by prezydent Rzeczypospolitej dokonał aktu Jego intronizacji. Przemawia przez osoby wybrane przez siebie. Uzależnia ocalenie narodu i państwa od tego aktu. Wobec braku reakcji ze strony władz ponownie wkroczył z mocą w dzieje Polski. Katastrofa w Smoleńsku, powódź, beatyfikacja księdza Jerzego Popiełuszki to komunikaty z Nieba, aby prezydent oddał Jemu pełnię władzy nad Polską. Nie są to urojenia ani wymysły. Akt intronizacji jest aktem niepodległości. Oznacza, że Polska swój ustrój polityczny i prawny wyprowadza z Ewangelii, a nie z pogańskiego systemu UE. Świadczy, że najwyższe prawo stanowi Konstytucja RP, a nie umowa międzynarodowa zwana Traktatem Lizbońskim. Oznacza, że prezydent Polski jest strażnikiem niepodległości Rzeczypospolitej, a nie namiestnikiem nadwiślańskiej guberni państwa europejskiego.
Szanowny Panie Premierze! Nie można służyć dwóm panom. Państwo nie może mieć dwóch Konstytucji. Akt intronizacji to akt odrzucający Traktat Lizboński i przywracający suwerenność naszego kraju. Polska może się pomyślnie rozwijać tylko jako suwerenne państwo. Tak uczy doświadczenie sześciu lat członkostwa w Unii Europejskiej. Dlatego pomni wiedzy ewangelicznej, że władza ostatecznie pochodzi od Boga wzywamy, aby użył jej Pan do ratowania Polski oraz poszedł za przykładem Jana Kazimierza. Bóg jest szafarzem życia i śmierci człowieka, a także władzy, którą sprawuje. Kiedy chce to daje, zaś kiedy chce to odbiera. Przypomniał to dobitnie pod Smoleńskiem. Życzymy Panu zwycięstwa w wyborach i wypełnienia misji, którą Zbawiciel Panu powierza.
Stowarzyszenie Obrony i Rozwoju Polski
Redakcja "Biuletynu"
- mec. Elżbieta Z.
- red. Sławomir K.
- red. Adam L.
- red. Waldemar O.
- red. Piotr S.
- red. Grzegorz W.
- red. Mieczysław W.
- red. Tadeusz Z.
Video 01:
Krótka sonda z mieszkańcami Lublina
na temat intronizacji Chrystusa na Króla Polski, przeprowadzona
przez naszą redakcję -
W 1939 r. Papież Pius XVII ostrzegał: "Głównym złem, z powodu którego świat popadł w duchowe i moralne bankructwo jest niegodziwe oraz zaiste zbrodnicze usiłowanie, by pozbawić Chrystusa Jego Królewskiej władzy jak również nie przyjęcie nadanego przez Chrystusa prawa prawdy"
Encyklika Summi Pontificatus
Dziś żyjemy w czasach wielkiego odstępstwa, to jest podeptania Bożej władzy, praw i przykazań. Dlatego musimy wyrwać się z tego stanu. "Jest jednak ratunek dla Polski, jeśli Mnie uzna za swojego Króla i Pana w zupełności poprzez Intronizację, nie tylko w poszczególnych częściach kraju, ale w całym państwie z rządem na czele. To uznanie ma być potwierdzone porzuceniem grzechów, a całkowitym zwrotem do Boga" - słowa Pana Jezusa Chrystusa do służebnicy Bożej Rozalii Celakówny. Jezus wybrał Polskę, aby jako pierwsza spośród narodów zwiedzionych przez masonerię a także spętanych ideologiami mu przeciwnymi (socjalizm, liberalizm, komunizm, globalizm) wróciła pod berło Jego panowania, uznając Go swoim Królem. Została nam dana taka szansa, by uratować siebie i inne narody świata.
Chcąc realizować przesłanie s. Rozalii Celakówny rozpoczął się w Polsce spontaniczny ruch na rzecz dokonania dzieła Intronizacji. Dostrzegając opór przedstawicieli władz duchowych oraz świeckich chcących nie dopuścić do Intronizacji Jezusa na Króla Polski redakcja "Biuletynu" podjęła działania, które gwarantuje nam Konstytucja RP, a także obowiązujące prawo. W Lublinie grupa działaczy pod kierownictwem p. mgr Sławomira Krzyżanowskiego podjęła akcję zbierania podpisów pod petycją do parlamentarzystów i decydentów kościelnych o dokonanie tego koniecznego w trudnym dla Polski okresie aktu. Na YouTube zamieściliśmy dwa reportaże filmowe zrealizowane 25 czerwca 2010 r. przed Opoką Wolnego Słowa w Lublinie. Pierwszy to rozmowa z p. Krzyżanowskim - wojewódzkim koordynatorem akcji na rzecz Intronizacji Chrystusa na Króla Polski. Drugi film przedstawia mini sondaż uliczny na temat sensu tej idei.
Grzegorz Wysok
Red. naczelny "Biuletynu"
Tadeusz Zieliński
(fotoreportaż)Foto 01:
Akcję w sprawie
referendum mieszkańcy
Lublina przyjęli z dużą życzliwością
i zrozumieniemFoto 02:
Ustawiono stolik, gdzie
można było nabyć prasę Stowarzyszenia
"Róża" i archiwalne numery
naszego pisma Foto 03:
Lublinianie mieli
możliwość złożenia podpisów
potwierdzających gotowość współpracy
w dziele IntronizacjiFoto 04:
Akcja zbierania podpisów
trwała kilka godzin oraz cieszyła się
zainteresowaniem licznych
przechodniówFoto 05:
Pamiątkowe zdjęcie.
Od prawej - redaktor Mieczysław W.,
Grzegorz W., Adam L. oraz
Waldemar O.
15 czerwca 2010
Powyborcze reminiscencje
JKM zajął czwarte miejsce w wyborach prezydenckich, zdobywając przeszło pół miliona głosów. Przeskoczył jednego z przedstawicieli sprawującej władzę w Polsce tzw. "bandy czworga" - Waldemara Pawlaka. Ten weteran polskiej polityki, chociaż nie dysponował żadnym partyjnym aparatem potrafił przebić się do opinii publicznej. Oznacza to, że przezwyciężył wizerunek człowieka nie do końca zrównoważonego psychicznie. Poniżej prezentuję artykuł Tomasza Sommera o niedzielnych wyborach prezydenckich.
Tadeusz Zieliński
__________
Początek nowej prawicy
Czwarte miejsce to najlepszy wynik w historii prezydenckich wyborów Janusza Korwina Mikke. Wg wstępnych danych jest to też najlepszy wynik, jeżeli chodzi o bezwzględną liczbę głosów. A także znacznie lepszy rezultat od drugiego kandydata prawicy - Marka Jurka. Ale sam JKM poważnie zastanawiał się, czy brać udział w obecnych wyborach. Gdy zdecydował się, niepokojącym pytaniem było to, czy uda się zebrać odpowiednią liczbę podpisów. Wszak ruch wolnościowy z różnych powodów był ostatnio pogrążony w kłótniach, a także marazmie organizacyjnym. Podpisy jednak zebrano bez większego problemu, a nawet okazało się, że ich zbieranie poszło całkiem gładko. To był pierwszy sygnał, że ludzie chcą tej kandydatury. Potem przyszedł czas na kampanię, która została przeprowadzona dosłownie przez kilkadziesiąt osób. Nieoczekiwanie na koncie wyborczym pojawiło się sporo wpłat, co pomogło sfinansować telewizyjne spoty oraz druk materiałów propagandowych. Udało się nawet wykupić całe cztery płatne reklamy wyborcze - co zdarzyło się po raz pierwszy w historii startów polskich wolnościowców w wyborach. Oczywiście skala tej pomocy, choć całkiem poważna nie mogła się równać z pieniędzmi, jakie w te wybory zainwestowali przedstawiciele czterech dominujących jeszcze partii. Dość powiedzieć, że np. w porównaniu z kandydatem SLD, który jak deklaruje wydał 5 milionów złotych, suma wydana przez komitet JKM była ponad 25 razy mniejsza. W porównaniu do kwot wydawanych przez głównych kandydatów różnica idzie już w setki razy.
Najskuteczniejszą bronią p. Janusza Korwina-Mikke okazał się internet. Najwyraźniej w kampanię zaangażowały się tysiące anonimowych wolontariuszy, którzy doprowadzili do tego, że w sieci JKM zajmował w sondażach trzecie, a często nawet drugie miejsce. Kolejnym zaskoczeniem tej kampanii były tłumy, jakie przychodziły na spotkanie z wolnościowym kandydatem. Dwa ostatnie wiece w Krakowie i w Warszawie przyciągnęły tysiące młodych ludzi. Takiego audytorium Komorowski i Kaczyński mogli Korwinowi tylko pozazdrościć. W dodatku przemówienia JKM, a w stolicy redaktora Michalkiewicza wzbudzały prawdziwy entuzjazm tłumu. Do tego wynik JKM byłby pewnie wyższy, by nie tragedia smoleńska. Doprowadziła ona bowiem do silnej polaryzacji wyborców oraz skonsolidowała wyborców PiS, do których doszlusowało także z różnych przyczyn wielu wolnościowców. Jednocześnie pojawiła się nowa grupa wyborców, prawdopodobnie głosująca wcześniej zarówno na PO jak i na PiS, która postawiła na Korwina. I to grupa bardzo duża, bo jeśli wierzyć exit-pollom, elektorat JKM w porównaniu do poprzednich wyborów prezydenckich podwoił się. Można więc się założyć, że w zbliżających się wyborach samorządowych oraz w wyborach parlamentarnych, które odbędą się za rok efekt znużenia dwoma głównymi partiami pogłębi się oraz przepływ ten będzie jeszcze większy. Mogą też wrócić wyborcy wolnościowi, którzy w obawie o słaby wynik tym razem nie głosowali na Korwina. Oznacza to, że wkrótce organizacja firmowana przez JKM będzie mogła liczyć na ponad milion głosów. A być może nawet więcej, jeśli da się zorganizować lepszą i sprawniejszą kampanię wyborczą.
Ludzie zaangażowani w ruch wolnościowy mają do wyboru trzy warianty działania. Pierwszy to nierobienie niczego, czyli rezygnacja ze startu w wyborach samorządowych. Wariant drugi to kontynuacja opartego na obecnym pospolitym ruszeniu stylu działania, co grozi jednak tym, że i wynik wyborczy co najwyżej zostanie powtórzony. Wreszcie wariant trzeci to próba organizacji ruchu prawicowego od nowa oraz przygotowania się do wyborów parlamentarnych poprzez możliwie jak najpoważniejszy udział w wyborach samorządowych. Wówczas wybory byłyby tylko narzędziem potrzebnym do zbudowania możliwie jak najszerszej struktury a także sieci organizacyjnej, która mogłaby skutecznie zadziałać przy wyborach parlamentarnych. Duże znaczenie dla tych scenariuszy będzie miał ostateczny wynik wyborów prezydenckich. Wydaje się, że zwycięstwo p. Jarosława Kaczyńskiego byłoby korzystne z tego względu, że mocno osłabiłoby opozycyjność PiS. Z drugiej jednak strony zwycięstwo Komorowskiego sprawiłoby, że na PO ciążyłoby odium monopartii, narażające ją na odpływ wyborców. Wynik p. Janusza Korwina-Mikke jest najlepszy w historii jego kandydowania na prezydenta. Jednak może oczywiście się tak stać, że nie spowoduje on właściwie żadnych konsekwencji politycznych. Do jesieni jest czas na zorganizowanie się w taki sposób, aby wybory prezydenckie nie poszły na marne.
Tomasz Sommer
__________
Michał Krupa w lubelskim KiK
12 I 2010 roku w Klubie Inteligencji Katolickiej odbyło się spotkanie z mgr Michałem Krupą z Organizacji Monarchistów Polskich w Lublinie. Tematem wiodącym wykładu był neokonserwatyzm amerykański. Podczas godzinnego wystąpienia prelegent mówił o doktrynie Dwight'a Eisenhowera, myśli filozoficznej konserwatystów, żydowskim arsenale nuklearnym oraz rosyjskiej polityce wobec Iraku. Poruszył także zagadnienia dotyczące stosunków amerykańsko-izraelskich. Neokonserwatyzm to kierunek powstały w USA na przełomie lat 60 i 70 jako odpowiedź na tzw. rewolucję obyczajową. Neokonserwatyści stanęli wówczas w obronie tradycji, zagrożonej przez zakusy egalitaryzmu rozumianego na sposób totalitarny. Gdyby nie szybkie działania konserwatywnych intelektualistów, wówczas takie wartości jak rodzina, autorytety, patriotyzm i religia mogłyby paść ofiarą eksperymentalnej inżynierii społecznej środowisk lewicowo-liberalnych. Referat Kolegi Michała wywołał liczne pytania ze strony uczestników konferencji. Trwające ponad godzinę spotkanie zgromadziło kilkadziesiąt osób, głównie członków KiK oraz OMP, a także niezrzeszonych w żadnej organizacji.
Tadeusz Zieliński
(tekst + zdjęcia)
Foto 01:
Dyskusję z uczestnikami
panelu można obejrzeć w postach
z 12, 14 i 16 stycznia 2010 r.
14 czerwca 2010
Nie głosuję na Komorowskiego
Lublin, 22 VI 2010 r.
Nie będę głosował na Bronisława Komorowskiego, gdyż nie chcę prezydenta, który ma entuzjastyczne poparcie wśród służb specjalnych, bo nie mam zaufania do razwiedki. Nie chcę prezydenta, którego komitet wyborczy ogłasza w Polsce wojnę ustami Wajdy i Bartoszewskiego, gdyż jedna "wojna Jaruzelska" mi wystarczy. Nie będę głosował na Komorowskiego, który będzie reprezentował interesy jednej klasy rządzącej, sprzeczne z interesami obywateli np. w czasie powodzi, kiedy to marszałek Sejmu nie dopuścił do uchwalenia projektów inwestycji hydrotechnicznych. Nie chcę prezydenta, który wypiera się tego, że jest zwolennikiem prywatyzacji szpitali, choć jest to utrwalone na piśmie, bo boi się, że mogłoby to wpłynąć ujemnie na jego kampanię wyborczą. Nie mam zaufania do ludzi zmieniających swoje poglądy ze względów koniunkturalnych, aby tylko wyłudzić wybór. Nie głosuję na Bronisława Komorowskiego, który ośmiesza się na forum międzynarodowym twierdząc, że gaz z łupków bitumicznych wydobywa się metodą odkrywkową. Nie chcę takiego prezydenta, który za swoje zadanie przyjmuje pełną monopolizację oraz zawłaszczenie władzy począwszy od IPN, ABW aż po pełnię władzy politycznej i już to realizuje nie będąc jeszcze prezydentem a tylko zastępując go. Nie będę głosował na Komorowskiego, którego formacja polityczna posyła żołnierzy do Afganistanu bez uzbrojenia gwarantującego powodzenie całej misji. Nie potrzebuję takiego prezydenta, którego formacja polityczna zniszczyła przemysł stoczniowy zaś energetykę sprzedaje za symboliczne kwoty, ni jak mające się do rzeczywistej wartości. Nie będę głosował na B. Komorowskiego, którego formacja polityczna składa obietnice bez zamiaru realizacji jak na przykład przyspieszenie wzrostu gospodarczego, radykalne podniesienie płac budżetówki, zwiększenie emerytur, wybudowanie sieci autostrad i dróg ekspresowych, mostów i obwodnic, podniesienie poziomu edukacji oraz podjęcie walki z korupcją. Nie chcę prezydenta, który kryje liczne afery oraz dąży do likwidacji PKP jako przedsiębiorstwa polskiego. Nie będę głosował na Komorowskiego, ponieważ kierując się rosyjskim przysłowiem "kto siewodnia sołgał, zawtra jemu nie powierut" nie mam zaufania do tego kandydata.
dr Jan Dombek
tel. 0-784-060-271
mgr Grzegorz Wysok
tel. 0-81 53-278-05
__________
Wyszkowski w lubelskim KiK
10 XII 2009 roku w Klubie Inteligencji Katolickiej odbyło się spotkanie z p. Krzysztofem Wyszkowskim, który wygłosił wykład "Moje procesy z Wałęsą w sprawie Bolka". Witając zebranych prelegent przypomniał ideę Wolnych Związków Zawodowych oraz podkreślił, że to dzięki Annie Walentynowicz udało się nie dopuścić do zakończenia przez TW "Bolka" strajku w Stoczni, gdy władze zgodziły się na podwyżkę płac. Sprostował także relację Jana Lityńskiego, jakoby był on współzałożycielem WZZ oraz twórcą Deklaracji Programowej. W dalszej części wykładu mówił o polityce opanowanej przez lokalny układ, politycznym zapleczu PiS, wolnomularstwie, loży masońskiej B'nai B'rith oraz potędze lobby żydowskiego na świecie. Przypomniał, że w polskim życiu publicznym funkcjonuje model postUB-ecki, w którym byli pracownicy aparatu bezpieczeństwa PRL dostają od kolejnych rządów kontrakty na budowę dróg oraz informatyzację urzędów państwowych. Odniósł się również do wątku związanego z Jarosławem Gowinem oraz posłem Januszem Palikotem krótko streszczając ich wpływ na proces decyzyjny w PO oraz uzależnienie od WSI i służb dyskretnych. W dyskusji głos zabrali prof. KUL Ryszard Bender oraz redaktor naczelny "Biuletynu" Grzegorz Wysok.
Tadeusz Zieliński
(tekst + zdjęcia)
Foto 01:
Red. Wyszkowski skomentował
cenę jaką płacą niezależni historycy
za ujawnianie prawdy
Foto 02:
Na sali obecni byli red. Wysok
oraz inne znane postacie lubelskiej
opozycji antykomunistycznej
w PRL
13 czerwca 2010
Zaszczuli i nie komentują
Co ma wspólnego "Gazeta Wyborcza" zajmująca się tak gorliwie śp. dr Ratajczakiem, przedstawiciele Uniwersytetu Opolskiego, z którego naukowiec w wyniku szczucia "GW" wyleciał, a także Andrzej Zoll, który proponował mu samokrytykę oraz gromada innych autorytetów prowadzących polowanie na czarownice? Otóż to, że teraz "nie komentują sprawy", bo istotnie nie ma czego komentować. Można tylko odtrąbić sukces i napić się szampana. Naukowiec, który odważył się napisać o rewizjonistach Holokaustu, którym nie podoba się metodologia stosowana przy badaniach dotyczących tej zbrodni musiał przecież za naruszenie tabu zostać przykładnie ukarany. Trzeba było go koniecznie wytarzać w błocie, a potem pilnować, by nigdzie nie dostał pracy odpowiadającej jego wykształceniu i możliwościom. Niech cieciuje albo zdycha z głodu! No i cóż - "Gazecie Wyborczej" się udało. Doktor Dariusz Ratajczak najpierw w wyniku pracowitego szczucia dziennikarzy stracił pracę, potem jego życie dosłownie się rozsypało, a w końcu popadł w nędzę.
Nie pomógł nikt, nawet wpływowy obecnie kumpel z ławy szkolnej Grzegorz Schetyna, który wolał nie przypominać sobie tak nieprzyjemnej znajomości. Najbardziej jednak szokujące jest to, że "Gazeta Wyborcza" nie przestała zaszczuwać Ratajczaka nawet po jego śmierci. W tytule tekstu o jego śmierci napisali: "kłamca oświęcimski", chociaż nim nigdy nie był. Dopiero po kilku godzinach zmienili na "były pracownik Uniwersytetu Opolskiego". Bądźmy obiektywni! Hunwejbini z "Wyborczej" pewnie nie spodziewali się, że los doktora Ratajczaka wskutek rozpętanego przez nich polowania na czarownice potoczy się aż tak tragicznie. Oni pewnie nie chcieli jego śmierci, chcieli "tylko", by już do końca był napiętnowany na forum publicznym. Nie zmienia to jednak faktu, że to oni rozpoczęli łańcuch zdarzeń, które doprowadziły do tragicznego końca. Powiedzmy wprost: ich filosemicka bigoteria doprowadziła człowieka do nędzy, a w dalszym efekcie do śmierci. Teraz dziennikarze i autorytety moralne prowadzące niegdyś nagonkę na dr Ratajczaka sprawy już nie komentują i najchętniej by o niej zapomniały. Najwyraźniej tragedia jaką ci ludzie zbiorowo spowodowali jakoś im jednak doskwiera. Naszą rolą jest niezapominanie tej sprawie, bo jeśli ją zapomnimy, to wkrótce dowiemy się o kolejnej podobnej tragedii. A jeśli wyciągniemy z niej wnioski to może dr Ratajczak odegra rolę polskiego Dreyfusa, pokazując bigoterię, skorumpowanie i zakłamanie części mediów i "elit".
Tomasz Sommer
Ciało dr Dariusza Ratajczaka zostało znalezione 11 czerwca 2010 roku w samochodzie zaparkowanym pod Centrum Handlowym Karolinka w Opolu. Stan rozkładu był bardzo zaawansowany. Ratajczak po publikacji książki pt. "Tematy niebezpieczne", a później po serii medialnych ataków, głównie na łamach żydowskiej gazety dla Polaków został wydalony z Uniwersytetu Opolskiego. Dostał wilczy bilet, z powodu którego miał kłopoty z podjęciem jakiejkolwiek pracy. Poniżej zamieszczam krótki reportaż filmowy, gdzie redaktor Grzegorz Wysok wypowiada się na temat tajemniczej śmierci doktora Dariusza Ratajczaka, o tym komu należy wydać agenta Mossadu Uriego Brodskiego - Niemcom czy Izraelowi, o prezydencie Aleksandrze Łukaszence, rosyjskim szantażu gazowym oraz na kogo głosować w II turze wyborów prezydenckich w Polsce.
Tadeusz Zieliński
__________
- Original Message -
To: "mndystrybucja@o2.pl"
Sent: Sunday, June 20, 2010 11:56 PM
Subject: list
Widząc plakaty z hasłem "W obronie interesów białych rodzin" poczułam się niezwykle zniesmaczona. Co sądzicie o lubelskiej organizacji OSN, której zarzuca się głoszenie rasistowskich poglądów? Z lektury Waszego czasopisma wynika, że polscy nacjonaliści przywiązują dużą wagę do zwalczania rasizmu. Zastanawiam się jaki interes ma w tym ruch narodowy?
Katarzyna W.Foto:
Wyk. Tadeusz Zieliński
Na zdjęciu - plakat OSN na jednym
z przystanków autobusowych
w Lublinie
Szanowna Pani!
Zupełnie zasadniczy. Po pierwsze, naszymi wrogami w historii nie byli czarni, żółci ani muzułmanie, tylko trzy potęgi imperialistyczne takie jak Niemcy, Rosja oraz Żydzi, które albo nas najeżdżały z zewnątrz albo rozkładały od środka. Programowo jesteśmy więc przeciw imperializmom. Po drugie, naszym problemem gospodarczym jest bezustanne zadłużenie i rola rezerwuaru taniej siły roboczej, a są to problemy wspólne z krajami Trzeciego Świata, czyli narodami kolorowymi. Po trzecie, naszym wielkim atutem jest autochtonia - to, że pochodzimy z ziemi, której nigdy nikomu nie zabraliśmy i na której żyli nasi przodkowie, a więc jesteśmy w takiej samej sytuacji co Indianie, Aborygeni, Palestyńczycy itp. Po czwarte: nigdy nie byliśmy państwem kolonialnym, niczego innym nie zabraliśmy, nikogo nie podbijaliśmy. Mieszkaliśmy zawsze i tylko u siebie, cudzego nie pragnąc, a swego broniąc, więc to też nas łączy z tamtymi ludami na równej stopie. Po piąte wreszcie, jako naród doświadczamy obecnie kampanii antypolonizmu, prób obciążenia nas negatywnymi stereotypami i wpojenia nam kompleksu niższości. To prawie to samo, co traktowanie rasistowskie.
Rasizmem jest pogląd o nierówności rodzaju ludzkiego. Z tego punktu widzenia plakaty OSN nie nawołują do dyskryminacji rasowej, a wyrażają jedynie uzasadniony lęk przed liczebnym wypieraniem rasy białej. Te obawy są oczywiste dla każdego, kto ma choćby trochę pojęcia o współczesnych procesach demograficznych. Wiadomo przecież, że przyrost naturalny w krajach pozaeuropejskich jest o wiele szybszy niż w Europie. A nikt przy zdrowych zmysłach nie twierdzi, że coś takiego jak rasy ludzkie nie istnieje. Zarzuty pod adresem OSN są więc absurdalne. Jeżeli zaś chodzi o zarzut rasizmu to jest on w naszych czasach wygodnym i bardzo często używanym narzędziem pałki politycznej ze strony obozu żydo-masońskiego, wykorzystywanej przeciwko takim osobom, które nie akceptują władzy wyznawców najgroźniejszego rasizmu, to jest zwolenników poglądu o rzekomym "wybraństwie" Żydów. Bronimy się przed tym kompleksowo stawiając tezę o równości wszystkich narodów oraz zwalczając rasistów przekonanych, że ponad nami wszystkimi istnieje jakoby jakiś szczególny "naród wybrany" lub też kasta genetycznych elitariuszy już z urodzenia przeznaczonych do panowania nad pozostałymi.
Tadeusz Zieliński
12 czerwca 2010
Śmierć dr Ratajczaka

Tajemnicza śmierć doktora
Uczelnia nie komentuje sprawy. Każda śmierć jest bolesna i jest nam z tego powodu przykro - stwierdził p. Marcin Miga, rzecznik prasowy Uniwersytetu Opolskiego z którego zwolniono przed laty doktora Dariusza Ratajczaka za rzekome uwikłanie w tzw. kłamstwo oświęcimskie. Nie będzie komentarza ze strony "Gazety Wyborczej" - odpowiedziała Ewa Sobulska, reprezentująca Piotra Stasińskiego, zastępcę Adama Michnika. Doktora Dariusza Ratajczaka znaleziono martwego w samochodzie osobowym zaparkowanym przy supermarkecie w Opolu. Wydarzenia nie komentują także prof. Andrzej Zoll, który stwierdził przed laty, że kara jaka spotkała historyka to zdrowy objaw społeczny oraz prof. Władysław Bartoszewski, który nazwał książkę Ratajczaka "hańbieniem narodu polskiego". Pan doktor Dariusz Ratajczak wykładał historię na Uniwersytecie Opolskim. Wydał własnym sumptem kilkaset egzemplarzy książki pt. "Tematy niebezpieczne". Prof. Witold Kulesza, były szef Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu zapowiedział wtedy złożenie w prokuraturze wniosku o ściganie Ratajczaka za "typowy przykład kłamstwa oświęcimskiego". W czerwcu 2002 roku sąd, ze względu na niską szkodliwość społeczną czynu postępowanie przeciw historykowi umorzył. Uznano, że to, co napisał Ratajczak nie jest przestępstwem.
W wielu publikacjach, szczególnie na prawicowych forach internetowych wyrażana jest negatywna ocena oraz pogarda dla redaktorów, głównie z "Gazety Wyborczej", którzy w opinii internautów zorganizowali coś na wzór nagonki wokół Dariusza Ratajczaka po jego publikacji pt. "Tematy niebezpieczne". Dlaczego krytyka została nakierowana na jedną osobę, skupiona tylko na jednym punkcie? Czy chodziło o niedopuszczenie do precedensu, o wyhamowanie śmiałości u innych naukowców? Potępienie oraz atak to metody którymi się posłużono. Chociaż należałoby przyjąć, że na pracę naukowca odpowiada się inną pracą. W 2003 roku w rozmowie z Radiem Rodzina dr Ratajczak mówił: "Ja wprawdzie w sądzie cały czas tłumaczyłem, że przecież nie wyrażałem własnego zdania co do tez głoszonych przez rewizjonistów Holokaustu, podkreślałem, że jedynie referowałem problem (a to wolno mi było robić), chciałem także powołać stosownych ekspertów w osobach Panów prof. Rainy i Bendera, ale sąd pozostawał niewzruszony. Uznał, że sam jest władny określić, czy referowałem poglądy, czy też się z nimi zgadzałem. Raz jeszcze powtórzę: sprawa była od samego początku "kręcona z góry", szły dyrektywy z Ministerstwa Sprawiedliwości, że trzeba szybko "tego Ratajczaka załatwić". Jeżeli bowiem nie zrobimy tego teraz, za chwilę pojawią się następni, którzy zaczną drążyć "bardzo niebezpieczny temat". - Uważam, że na początku swojej kariery naukowej doktor Dariusz Rataje chciał pokazać, że ma rozeznanie w podejmowanych kwestiach. Gdy weźmiemy jego książki to zobaczymy, że używa metody "relata refero". Pokazują, że na Zachodzie Europy są badacze, którzy negują żydowski Holokaust - tak stwierdza prof. Ryszard Bender z Lublina.
Doktor Ratajczak po publikacji książki, a później po serii medialnych ataków, głównie na łamach "Gazety Wyborczej" został wydalony z Uniwersytetu Opolskiego. Dostał wilczy bilet, z powodu którego nic mógł podjąć pracy w zawodzie. Miał kłopoty z podjęciem jakiejkolwiek pracy. Tymczasem można stwierdzić, że gdyby przewidział reakcję na swoją publikację, mógł dać w cudzysłowie całe te stwierdzenia zachodnich badaczy. Nie zrobił tego i w efekcie rzucono się na niego i zaszczuto. Czytałem jego publikacje i stwierdzam, że pokazał w nich stan badań, przed stworzeniem własnej syntezy. Wcale się ze zdaniem zachodnich badaczy nie utożsamiał. Nie przewidział jednak reakcji. A najbardziej dotkliwą karą był zakaz wykładania na uniwersytecie - opisuje prof. Bender. Śmierć Ratajczaka wydaje się pokazywać, że jedyną metodą walki z wyniszczającymi konkretnych ludzi działaniami tak zwanego salonu jest rozpowszechnianie informacji o prześladowanych i ich losach. Może potrzebne jest powołanie fundacji gromadzącej środki dla wykluczanych. Przypomina to trochę sytuacje z okresu komuny, ideę pomocy taką jak Komitet Obrony Robotników. Rzeczywiście mam poczucie, że za mało został otoczony opieką, również ze strony środowiska naukowego - przyznaje profesor Ryszard Bender. Dlaczego więc wobec doktora Ratajczaka takiej jednoznacznej pomocy nie podjęto? Czy obrał pozycję nie do przyjęcia przez nikogo i został całkiem sam? Zmarł niejako w przeddzień emigracji. Samochodem, który kupił kilka tygodni wcześniej miał jechać do pracy za granicami kraju.
Ustalenie przyczyny śmierci dr Dariusza Ratajczaka potrwa zapewne co najmniej kilka tygodni. Jak podały media, podczas sekcji zwłok nie stwierdzono żadnych uszkodzeń ciała, które mogłyby wskazywać na udział osób trzecich. Jednak okoliczności zgonu doktora Ratajczaka rodzą wiele domysłów. Przywołuje się tajemnicze zgony z okresu tzw. przemian ustrojowych w Polsce. Wspominane są tzw. zabójstwa założycielskie III RP i zgony księży Stanisława Suchowolca, Stefana Niedzielaka czy Sylwestra Zycha. Czy i w tym przypadku potrzebne będzie dokładniejsze, dziennikarskie śledztwo, które wykaże jak było naprawdę? Ciało doktora Ratajczaka zostało bowiem znalezione w piątek 11 czerwca w samochodzie pod Centrum Handlowym Karolinka, a stan rozkładu był zaawansowany. Ze wstępnych ustaleń po analizie monitoringu obiektu wynika, że samochód mógł być tam zaparkowany nawet od 28 maja. Pojawia się jednak pewna wątpliwość. Pracownicy marketu na ogół dosyć dokładnie obserwują samochody, które na dłużej pozostają zaparkowane przeć sklepem. Wydaje się więc niemożliwe, aby renault stal tam kilkanaście dni. Pojawiła się też relacja, w której jedna z pracownic marketu stwierdza, że gdy wychodziła z pracy poprzedniego dnia nie było tam żadnego samochodu a rankiem został zauważony dlatego, że na długo przed otwarciem stał w dużej odległości od wejścia. Nie można wykluczyć, że anonimowa relacja pracownicy okaże się fikcyjna. Należy jakiś czas poczekać na ustalenia prokuratury.
Rafał Pazio
__________
16 czerwca 2010 roku gościliśmy w siedzibie Stowarzyszenia Żołnierzy Partyzanckich Oddziałów Leśnych Okręgu Lubelskiego "Wolność i Niezawisłość" przy ul. Hipotecznej 4 w Lublinie. Prezes Zarządu WiN p. por. Karolina Bożek-Krzysztoń zaprosiła wszystkich czytelników "Biuletynu" do wzięcia udziału w obchodach religijno-patriotycznych 59. rocznicy likwidacji przez UB Klasztoru OO. Bernardynów oraz Inspektoratu Zamojskiego Wolność i Niezawisłość. Uroczystości rozpoczną się 26 czerwca 2010 roku o godz. 10.30 mszą świętą w Sanktuarium św. Antoniego w Radecznicy. Po nabożeństwie odbędzie się wręczenie Odznaczenia "Pro Memoria" a także Medali "Opiekun Miejsc Pamięci Narodowej". Następnie uczestnicy celebracji złożą kwiaty pod tablicą upamiętniającą żołnierzy AK i WiN znajdującą się po lewej stronie głównego wejścia do Sanktuarium. Około godziny 13.00 zebrani przemaszerują do siedziby OSP w Radecznicy, gdzie przewidziano m.in. oficjalne wystąpienia zaproszonych gości. Odbędzie się także część historyczna, w trakcie której zaplanowano wystąpienie historyka z lubelskiego oddziału IPN Justyny Dudek, która zaprezentuje dokumentalny film pt. "Konspiracja w klasztorze" a także tło działalności Zamojskich Inspektoratów WiN oraz AK.
Tadeusz Zieliński
11 czerwca 2010
Beatyfikacja ks. Popiełuszki

Kiedy zginął kapelan "Solidarności"?
Proces beatyfikacyjny księdza Jerzego Popiełuszki trwał 13 lat. Ostatecznie 19 grudnia 2009 r. papież Benedykt XVI podpisał dekret o męczeństwie zamordowanego bestialsko kapelana "Solidarności". Po uroczystościach z 6 czerwca 2010 roku warto przypomnieć, kiedy właściwie kapłan umarł za wiarę. Bo daty oraz wersje śmierci ks. Popiełuszki są przynajmniej dwie. A prawdę musimy poznać, również ze względu na oddziaływanie kultu męczennika - w ciągu 26 lat Jego grób przy warszawskim kościele Św. Stanisława Kostki w odwiedziło prawie 20 min ludzi z całego świata.
Według oficjalnej wersji przedstawionej podczas procesu toruńskiego oraz powtarzanej następnie przez lata zginął 19 X 1984 roku. Tymczasem zwłoki księdza Popiełuszki wrzucono do Wisły sześć dni później 25 października. W tym czasie Piotrowski, Pękala i Chmielewski wskazani przez gen. Kiszczaka, a później przez Sąd Wojewódzki w Toruniu jako sprawcy zabójstwa od dwóch dni przebywali w areszcie. Taką wersję przedstawia prokurator Andrzej Witkowski, były naczelnik Oddziałowej Komisji Instytutu Pamięci Narodowej w Lublinie, obecnie pracownik lubelskiej prokuratury apelacyjnej. Witkowski mówi, że w sprawie pobicia ze skutkiem śmiertelnym Grzegorza Przemyka rzeczywistymi sprawcami też okazały się inne osoby niż te, które wskazał resort spraw wewnętrznych. Przypomina, że już w trakcie procesu toruńskiego niemal powszechnie było wiadomo, że ława oskarżonych jest "za krótka". Wykonawców zbrodniczego planu było zdaniem Witkowskiego więcej - kto inny porwał księdza, a kto inny go zamordował. Do dziś nie zostali również ujawnieni oraz osądzeni inspiratorzy zabójstwa. Pytany o konkretne nazwiska mówi, że obowiązuje go tajemnica śledztwa, ale zaznacza, że w październiku 1984 roku ster rządów w państwie trzymali dwaj generałowie: Wojciech Jaruzelski i Czesław Kiszczak.
Prokurator Witkowski badał sprawę dwukrotnie w latach 1990-1991 a także 2002-2004 w ramach śledztwa dotyczącego funkcjonowania w strukturach ówczesnego MSW związku przestępczego, który dopuszczał się zbrodni, w tym zabójstw na działaczach opozycji politycznej i duchowieństwa. Związek był kierowany przez osoby zajmujące najwyższe stanowiska państwowe. Bezpośrednim celem śledztwa było ustalenie sprawców (takich jak Grzegorz Piotrowski i inni funkcjonariusze Departamentu IV MSW, którzy zajmowali się zwalczaniem Kościoła) jak i ich mocodawców. Już w 1991 roku Witkowski chciał objąć zarzutami generała Jaruzelskiego oraz Kiszczaka i został nagle odsunięty od sprawy. Do śledztwa wrócił po 10 latach w 2002 roku jako prokurator lubelskiego IPN. W wywiadzie zamieszczonym w "Biuletynie IPN" ze stycznia 2003 r. ujawnił notatkę znalezioną w dokumentach Urzędu ds. Wyznań z sierpnia 1984 roku, w której Jaruzelski polecił "wzmóc działania wobec ks. Popiełuszki". Witkowskiego ponownie odsunięto. Odpowiedzialność Jaruzelskiego i Kiszczaka ma podważać inna notatka, którą kilka lat temu upublicznił profesor Andrzej Paczkowski, wskazująca jako inspiratora porwania i zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki innego "generała MO" gen. Mirosława Milewskiego.
Notatka to zapis rozmowy jaką 25 X 1984 r. przeprowadzili w Urzędzie Rady Ministrów ówczesny premier Wojciech Jaruzelski oraz jego najbliżsi współpracownicy: gen. Michał Janiszewski, szef URM oraz płk Bogusław Kołodziejczak, szef Kancelarii KC PZPR. Dokument sporządził obecny na spotkaniu doradca Jaruzelskiego mjr Wiesław Górnicki, który przed śmiercią przekazał go prof. Paczkowskiemu. Notatka ma być bezpośrednią reakcją otoczenia Jaruzelskiego na pierwsze przesłuchania Grzegorza Piotrowskiego, które rozpoczęły się kilka godzin wcześniej - w nocy z 24 na 25 października. Uczestnicy narady jednomyślnie stwierdzili, że "politycznym inspiratorem porwania mógł być wyłącznie tow. Mirosław Milewski" i "opowiedzieli się za natychmiastowym usunięciem Milewskiego ze stanowiska sekretarza KC PZPR bez konieczności wyjaśniania przyczyn, które to spowodowały. Zwrócono uwagę nie tylko na działalność polityczną Milewskiego skierowaną przeciwko linii IX Zjazdu PZPR, ale też na afery o charakterze finansowym". Historycy z IPN nie uznali tego za dowód przeciwko Milewskiemu, lecz za poszlakę potwierdzającą tylko jedną z hipotez.
Dr Żaryn skomentował, iż jest bardzo prawdopodobne, że to nie Milewski, ale Jaruzelski i Kiszczak byli doskonale poinformowani o przebiegu operacji. Wyraził tylko wątpliwość, czy zbrodnia była zaplanowana w stu procentach oraz czy miała zakończyć się śmiercią ks. Popiełuszki. Olszewski, oskarżyciel posiłkowy w procesie przeciwko zabójcom księdza Popiełuszki uważa, że przyczyn powstania notatki może być kilka, lecz najbardziej prawdopodobna jest taka: "Na podstawie posiadanych informacji osoby te wiedziały lub przypuszczały, kto to morderstwo inspirował, ale zdały sobie sprawę, że nie mogą go ujawnić i w związku z tym szukały jakiegoś rozwiązania zastępczego, które pozwoli im jakoś wyjść z tej sytuacji". Dla Witkowskiego notatka Górnickiego-Paczkowskiego też nie była zaskoczeniem: "Tego rodzaju wersja była już uwzględniona i zweryfikowana w toku śledztwa prowadzonego jeszcze w 1991 r.". Witkowski chciał również ustalić, dlaczego uczestnicy spotkania u premiera Wojciecha Jaruzelskiego, skoro mieli być przekonani o winie Milewskiego nie zgłosili tego do prokuratury, która właśnie prowadziła śledztwo w sprawie księdza Popiełuszki. Po tych stwierdzeniach nazbyt dociekliwy prokurator został ostatecznie odsunięty od sprawy. Ówczesny szef pionu śledczego IPN profesor Witold Kulesza tłumaczył, że Witkowski miał po prostu za dużo pracy.
Tego, czego nie może powiedzieć związany tajemnicą śledztwa prokurator Witkowski ujawnia ks. Stanisław Małkowski, współpracownik i przyjaciel księdza Jerzego, w PRL kapelan "Solidarności", uczestnik strajku w Stoczni Gdańskiej: Wersję przedstawioną na procesie odbieram jako próbę obrony ze strony Kiszczaka i gen. Jaruzelskiego. Moim zdaniem chcieli odsunąć od siebie jakiekolwiek podejrzenia, że są odpowiedzialni za zamordowanie księdza Jerzego, zrzucając winę na generała Mirosława Milewskiego. Nie mam wątpliwości, że winni śmierci ks. Popiełuszki są właśnie Kiszczak i Jaruzelski. Wiem, że esbecja, która porwała księdza była śledzona przez inną ekipę. Mieliśmy zatem do czynienia ze zbrodnią wielopiętrową. Poza tym ciekawa, symboliczna jest zbieżność dat. 19 października gen. Kiszczak obchodził urodziny i być może Piotrowski, porywając ks. Jerzego chciał zrobić swojemu przełożonemu prezent". Zatem prawdę już znamy, trzeba jeszcze wyjaśnić wszystkie okoliczności. A więc to, czy Kiszczak oraz Jaruzelski działali w powiązaniu z towarzyszami radzieckimi. Olszewski od dwudziestu lat jest przekonany, że mocodawców mordu trzeba szukać w Moskwie: "W moim przekonaniu nikt tutaj, zwłaszcza w MSW nie odważyłby się zrobić czegokolwiek w sprawie ks. Jerzego co najmniej bez konsultacji, jak nie bez zaleceń stamtąd".
Tadeusz Płużański
__________
Rocznica pogromu kieleckiego
4 lipca 2010 roku obchodzić będziemy 64. rocznicę zajść antyżydowskich w Kielcach, które tak mocno zostały wykorzystane przez komunistyczną propagandę dla oczernienia Polski i Polaków w świecie. Rozliczne świadectwa i udokumentowane książki Michaela Chęcińskiego, Krzysztofa Kąkolewskiego i ks. Jana Śledzianowskiego wyraźnie wskazały na prawdziwy charakter zbrodni kieleckiej. Wydarzenia 1946 były prowokacją sowiecką, zorganizowaną dla odwrócenia uwagi Zachodu od sfałszowanego referendum w Polsce oraz niewygodnej dla Rosji debaty nad Katyniem w trakcie Procesu Norymberskiego. Sprawa pełnego odkrycia przebiegu zbrodni pod względem prawnym ma więc duże znaczenie dla obalenia kłamstw nt. najnowszej historii Polski. Tym bardziej oburzający jest fakt, że w dalszym ciągu świadomie blokuje się działania prawne, zmierzające do ustalenia prawdy o wydarzeniach kieleckich. Prezentujemy relację bezpośredniego świadka "pogromu kieleckiego" zarejestrowaną przez ekipę Telewizji Narodowej w dniu 4 V 2010 roku. Rozmowę z ppor. Armii Krajowej panem Zdzisławem Szunke ps. "Czerw" przeprowadził Kol. Adam Leks oraz redaktor naczelny "Biuletynu" Grzegorz Wysok.
Tadeusz Zieliński
10 czerwca 2010
Pielgrzymka do NMP w Licheniu
- Original Message -
From: Wojciech Deresinski
To: "mndystrybucja@o2.pl"
Sent: Monday, June 21, 2010 3:08 PM
Subject: zaproszenie
Witam serdecznie!
Bardzo proszę przeczytać i rozpowszechniać informacje w załącznikach. Jeśli chcecie Państwo otrzymywać dalsze informacje na temat Stow. Mancinelli, Jezusa Chrystusa oraz Maryi Królowej Polski to proszę odpisać "tak", podać imię nazwisko i miejscowość zamieszkania. Jeśli nie, proszę odpisać "nie". Informacje będą otrzymywać tylko osoby, które odpiszą "tak". Informacje w załączniku proszę również przekazać Pani mecenas Elżbiecie Zimeckiej oraz pozdrowić Ją ode mnie. Miałem przyjemność ją filmować na spotkaniu z ks. Kiersztynem w Poznaniu w listopadzie 2009 roku.
Pozdrawiam!
Wojciech Deresiński
Sekretarz Stow. Mancinelli
Zaproszenie na pielgrzymkę
Stowarzyszenie Mancinelli zaprasza na Pielgrzymkę do Królowej Polski w Licheniu w dniu 15 sierpnia 2010 roku. W roku tym obchodzimy 400-lecie objawienia Maryi na Wawelu. W czasie pielgrzymki będziemy prosić przede wszystkim aby dzień 15 sierpnia został ogłoszony świętem niepokalanej i wniebowziętej Królowej Polski jako Królowej Narodu i Państwa Polskiego zgodnie z objawieniami maryjnymi, jakie miał o. Juliusz Mancinelli, uznanymi przez papieża Aleksandra VII.
Dalszymi intencjami są, aby cały świat poznał, że 8 maja 1610 roku Maryja przyszła do Polaków na Wawel oraz powiedziała: JA JESTEM KRÓLOWĄ POLSKI to jest Ego Sum Regina Poloniae. Aby Mancinelli, orędownik Polski wybrany przez Maryję Pannę został beatyfikowany i kanonizowany. Aby Pan Bóg obudził i oświecił Polaków. Aby zostali uwolnieni z czyśćca wszyscy Polacy, którzy poświęcili i oddali życie za całkowicie wolną i katolicką Polskę. Aby nastąpiła całkowita jedność Kościoła i Państwa Polskiego. Aby wszyscy Polacy zaangażowali się i w pełni zjednoczyli w modlitwie i Polsce Narodowej. Aby jak najszybciej nastąpiło nawrócenie Rosji i prawdziwe pojednanie polsko-rosyjskie w Duchu Świętym. Aby intencje osobiste pielgrzymów zostały wysłuchane i spełnione. Do naszej pielgrzymki pod patronatem Niepokalanej i Wniebowziętej Królowej Polski prosiliśmy wszystkich świętych polskich oraz zmarłych zasłużonych dla Polski. Będziemy modlić się także za dusze zasłużonych dla Polski Polaków i cudzoziemców.
Program pielgrzymki:
07.30 - wyjazd z Placu Mickiewicza
08.00 - wyjazd z parkingu przy Lidlu
10.00 - Koszuty Małe - Koronka do Ducha Świętego
10.30 - Koszuty Małe - Msza do Ducha Świętego
11.30 - kolportaż materiałów informacyjnych
12.00 - wyjazd do Lichenia przez Grąblin
13.00 - obejrzenie trzech miejsc objawień w Grąblinie
14.00 - przyjazd do Lichenia
14.15 - rozwijanie flag i transparentów
14.45 - wejście do Bazyliki
15.00 - wspólna fotografia przy Bazylice
15.15 - spotkanie z pielgrzymami z całego świata
15.30 - dystrybucja materiałów o Królowej Polski i Mancinellim
16.00 - powrót przed pomnik JP II - czas wolny
18.00 - wyjazd z Lichenia
20.00 - powrót do Poznania
Planujemy zamówić autobus na około pięćdziesiąt osób. Wówczas koszt biletu wynosić będzie 25 zł. Auto musi być zarezerwowane minimum 14 dni przez wyjazdem, dlatego zapisy polegać będą na wpłacie bezzwrotnej w wysokości 15 zł. Przedpłaty zbiera Pan Wojciech Deresiński do dnia 30 lipca. Jeśli będzie zbyt mało chętnych to zrezygnujemy z autobusu, zwrócimy pieniądze i pojedziemy samochodami.
__________
Królowa Polski w Koszutach Małych
8 maja 2010 roku Stow. Mancinelli uczciło 400 rocznicę objawiania NMP organizując z tej okazji uroczystość w Koszutach Małych k/ Słupcy w Wielkopolsce. Uroczystą Mszę Świętą celebrował proboszcz parafii św. Bartłomieja ks. Ksawery Wilczyński, który od wielu lat propaguje świętość Mancinellego i Jego objawienia. Uroczystość rozpoczęła się o godzinie 13.00 poświęceniem flag Stowarzyszenia. Potem została odmówiona Koronka do Ducha Świętego, a po niej odprawiona Msza Święta w intencji wznowienia procesu beatyfikacyjnego Juliusza Mancinellego. W czasie Mszy wszyscy członkowie Stowarzyszenia Mancinelli poświęcili się Duchowi Świętemu oraz zawierzyli siebie i stowarzyszenie Niepokalanej oraz Wniebowziętej Królowej Polski. Niektórzy członkowie stowarzyszenia złożyli Ślubowanie, będące kontynuacją Ślubów Lwowskich króla Jana Kazimierza w odniesieniu do warunków oraz czasów współczesnych. Otrzymali oni pod koniec nabożeństwa specjalne osobiste błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem. Po Mszy św. odbyło się spotkanie z gośćmi honorowymi, którymi byli: Arno Giese, autor książki "Królowa Narodu", Tadeusz Kunda, założyciel i pierwszy prezes Stowarzyszenia "Effatha" oraz p. Krzysztof Zagozda, redaktor naczelny portalu www.propolonia.pl. Na placu zostały ustawione stoliki z książkami i materiałami informacyjnymi. Około godziny szesnastej goście w asyście członków stowarzyszenia udali się na plebanię na posiłek i rozmowy. W sumie w uroczystości uczestniczyło niespełna sto osób. Część przyjechała specjalnie na tę okazję wynajętym autobusem. Pogoda dopisała, a atmosfera duchowa była uskrzydlająca. Cała uroczystość została bogato sfotografowana i sfilmowana.
Wojciech Deresiński
tel. 0-663-695-644
9 czerwca 2010
Wywiad z mec. Zimecką

27 VI 2010 roku lubelscy narodowcy zebrali się w salonie Pani mec. Elżbiety Zimeckiej, aby przygotować się do rozpoczęcia kampanii wyborczej. Po tragicznym wypadku, do jakiego doszło 10 kwietnia tego roku na lotnisku w Smoleńsku pojawiła się niespotykana do tej pory sytuacja - przyspieszonych wyborów a także nowej formy przeprowadzania kampanii wyborczej. Redakcja "Biuletynu Narodowego" z oburzeniem przyjęła decyzję PKW o niedopuszczeniu artysty rzeźbiarza Bartłomieja Korzei na urząd Prezydenta RP.
Tadeusz Zieliński
__________
"Ojczyzno moja"
Ojczyzno moja
Jesteś najpiękniejszą matką
I tak jak ona
Zawsze ukochana.
I tak jak ona
Zawsze zatroskana.
Przepraszam Cię
Za moje zapomnienie,
Za mój egoizm, chciwość
Oraz niechcenia.
Ojczyzno moja
Zawsze czekająca,
Jak matka
Swoich dzieci
I zawsze im oddana.
Przepraszam Cię
Za to, że tak mało
Czasu Ci poświęcam
I za moje zaniedbania.
Na pierwszym miejscu
stawiam Boga!
Z mec. Elżbietą Zimecką, autorką tomiku
pt. "Bogu i Ojczyźnie" rozmawia Tadeusz Zieliński
Proszę powiedzieć, kiedy zaczęła się Pani przygoda literacka? - Pewnego dnia, a było to ponad 20 lat temu zrozumiałam, że tak szybko przemijamy i ślad po nas ginie. A przecież każdy z nas ma coś do przekazania drugiemu, tak jakby na pamiątkę. I wtedy przemknęła mi myśl, może by spróbować? Wiersz "Tobie Ojczyzno" napisałam jeszcze tego wieczoru.
Niedawno ukazał się Pani tomik wierszy. Dlaczego właśnie teraz? - Tak się złożyło, że miałam bardzo dużo okazji do prezentacji mojej poezji w wielu środowiskach, w tym również w szkołach. Zawsze pytano mnie o tomik. Postanowiłam więc go jak najszybciej wydać. Wiedziałam, że poświęcę go Bogu oraz Ojczyźnie. Tak się stało... Dlaczego? Ponieważ ludzie żyją tak jakby Pana Boga nie było, zaś o Ojczyźnie oraz obowiązkach względem niej nic nie chcą wiedzieć.
Jak wygląda sytuacja z dystrybucją książki? Niełatwo jest dzisiaj bez poważnej reklamy wprowadzić na rynek nowy tytuł. - Tym zajmuje się wyd. "Polihymnia" z Lublina. Z tego co wiem, czytelnicy szukają tej książki. Zresztą sama mam bardzo dużo telefonów w tej sprawie. Mam nadzieję, że właśnie czytelnicy pomogą mi ją rozpowszechnić.
Czy miała Pani sponsorów dla tego przedsięwzięcia? - Nie.
Jak tomik przyjęli znajomi z kręgów zawodowych, czytelnicy? - Tym jestem najbardziej zaskoczona. Nie spodziewałam się tak dobrego przyjęcia.
Mickiewicz, Słowacki, Norwid, ks. Jan Twardowski... Pani opinia? - Kamil Norwid jest dla mnie największym polskim poetą. Wielkim patriotą, który zmarł w przytułku opuszczony i zapomniany. Mickiewicz, Słowacki to geniusze oraz wieszcze. Ksiądz Twardowski? Jak dobrze, że jest z nami!
Co Panią najbardziej razi we współczesnym życiu literackim? - Przede wszystkim brak zainteresowania sprawami społecznymi oraz polskimi. Twórcy preferują głównie treści kosmopolityczne, w których nie ma miejsca dla Boga, Ojczyzny, Człowieka.
Powróćmy jeszcze do samego tomiku. Jego tytuł "Bogu i Ojczyźnie" zapewne nie jest przypadkową czy nic nie znaczącą konstrukcją stylistyczną. - Ja uważam, że tam, gdzie Bóg jest na pierwszym miejscu, tam i wszystko jest na swoim miejscu. O tym niestety dzisiaj wielu Polaków zapomniało. To jest sens mojej twórczości literackiej.
W swych wierszach mówi Pani językiem dalekim od uładzonych deklaracji o osobistym spotkaniu z Panem Bogiem. - Na temat związany z naszym Stwórcą powinien każdy z nas i mówić, i myśleć. Jest jednak inaczej. Coraz częściej zapominamy o tym i sprawa numer jeden zastępowana jest przez dziesiątki, jak nie setki czy tysiące "ważniejszych" tematów. I tylko potem się dziwimy, czemu ten świat tak wygląda.
Ważnym wyzwaniem dla katolika jest głosić Słowo Boże wszystkim, zawsze, wszędzie i na wszelkie możliwe sposoby. Jak wiemy, słowo pisane czyli prasa, książka to skuteczne medium docierania do bardzo wielu ludzi. Na ile skuteczne w Pani przypadku? - Z dotychczasowych osiągnięć jestem zadowolona. Tkwię w mocnym postanowieniu, by w dalszym ciągu docierać do jak największej liczby ludzi.
Mówi się o potrzebie powrotu do wartości podstawowych, do Średniowiecza, Tradycji, do prawd i sensów pierwszych. Jeżeli to nie nastąpi to na świecie zapanuje chaos. Do jakich źródeł musimy więc wrócić? Jakie są to, Pani zdaniem, wartości prawdziwe i jak je powinniśmy promować? - Rozumiem, że za cnoty podstawowe uważamy naczelne przymioty kultury narodowej, to znaczy rzymsko katolicką wiarę naszych przodków, język polski, tradycyjne polskie zwyczaje i obyczaje, polską ziemię bez której nie ma Państwa Polskiego, polskie prawo oraz przywiązanie do rodziny. Wszystkie wymienione wartości zawarte są w tradycyjnej dewizie: Bóg Honor Ojczyzna. A jak mamy je promować? Powinno się mówić o tym wszędzie: w Kościele, Sejmie, w rodzinie, szkole oraz żyć nimi na co dzień.
Życie społeczne dalekie jest od ideału. Trawi je przestępczość oraz korupcja, prywata, nietrzeźwość a także wiele innych plag. Czy Pani zdaniem działalność literacka może być lekarstwem na te dolegliwości? - Bardzo mnie dziwi, że znani przedstawiciele polskiej literatury, a więc także i poezji zachowują się tak, jak gdyby tych problemów nie widzieli. A przecież słusznie Pan zauważył, że Polska jest chora. Musimy więc ją leczyć. Ale w chorobie najważniejsza jest diagnoza, i tego właśnie winniśmy oczekiwać od polityków i literatów też.
Oddziaływanie kultury masowej oraz presja różnych mód wyraźnie obniża wymagania człowieka i kształtuje jego potrzeby odrywając jednocześnie od religijności w życiu codziennym. Proszę to skomentować. - "Kultura masowa", "moda", "rozmaite presje" to tylko niektóre z niekorzystnych dla życia aspektów działania systemu demokratycznego. Największym zagrożeniem w neoliberalizmie jest to, że nie ma w nim miejsca dla Pana Boga, a więc człowiek staje się rzeczą, towarem.
Polacy są w swej masie katolikami, ale swoją wiarę przeważnie oddzielają od życia społecznego. Wielu z naszych rodaków twierdzi nawet, a taką postawę przyjmują laickie media, że jest ona sprawą prywatną, osobistą, dla niektórych intymną i nie powinna w związku z tym być ujawniana publicznie... - W takim ujęciu sprowadzającym religię do sprawy osobistej każdego Polaka możemy sobie wyobrazić sytuację powstawania tylu osobistych "religii", ilu mamy Polaków. Właśnie o to chodzi masonom i liberałom.
Żyjemy w zlaicyzowanej kulturze, więc bardzo trudno jest się "przebić" z wartościami chrześcijańskimi i narodowymi. Jak wygląda dzisiaj stan naszej świadomości na temat polskiej tożsamości? - Współczesny Polak charakteryzuje się zupełnym rozkojarzeniem oraz rozchwianiem poczucia świadomości narodowej, albowiem politycy podszeptują mu "nikt nie musi być Polakiem". Ja się pytam owych "mentorów": "A czy wy musicie być w Polsce politykami?".
Pisze Pani między innymi o ograniczeniach ludzkiej egzystencji, jej zniewoleniu np. przez Szatana. Co według Pani stanowi o wolności człowieka i jak ją osiągnąć? - Przez wolność rozumiem zdolność do samoograniczania się. Oprócz mnie na świecie żyje przecież sześć miliardów ludzi, więc moja osobista wolność może być tylko jedną sześciomiliardową cząstką wolności ludzkiej. Musimy mieć więc na uwadze drugiego człowieka i jego dobro. A tego nie można pogodzić ze złem w żadnej postaci.
Znacząca część Pani poezji porusza problem Boga Wszechmogącego - siana, które otacza nieśmiertelność. Jednak jakby umyka naszej uwadze rzecz najważniejsza - sens wydarzenia z Betlejem... - Wszyscy wierzmy w Tego, który się narodził z Maryi Panny, a zostaniemy zbawieni. Szczerze módlmy się, aby wyznawcy innych religii świata również zrozumieli tę prawdę.
Jaka powinna być rola poety oraz narodowej poezji we współczesnym świecie, w którym prymat wiodą internet oraz telewizja? Czy mogłaby nam Pani powiedzieć z własnego doświadczenia: łatwo być poetą, katolikiem, patriotą w dzisiejszych czasach? - Zło nie polega na wynalezieniu internetu i telewizji. Sprawa polega na tym, że jeden i drugi wynalazek nie powinien rozpowszechniać treści szkodliwych dla człowieka, ale niestety jest inaczej i to za naszym cichym przyzwoleniem. Na pewno nie jest łatwo być poetą, katolikiem, patriotą w dzisiejszych czasach. W dobie liberalizmu jest to nawet bardzo trudne, ponieważ takie postawy są zwalczane.
Czy możemy poznać Pani największe marzenie i plany zawodowe na najbliższy czas? - Najpierw powiem o marzeniach. Marzy mi się, aby do Polski wróciła normalność, Bóg nie był zastępowany złotem cielcem, a patrioty nie zastępował kosmopolita zaś rodziny partnerzy. Aby dzieci nie były głodne oraz deprawowane, zaś Polacy nie czuli się w swojej Ojczyźnie intruzami. Wtedy plany zawodowe Polaków, a nie tylko moje, będą mogły być realizowane zgodnie z marzeniami.
Dziękuję za rozmowę
8 czerwca 2010
"Nigdy Więcej" o red. Wysoku
Z czasopisma zawodowych antyfaszystów "Nigdy Więcej" dowiedzieliśmy się, że region lubelski wykazuje największą niechęć do innych nacji. W panicznych pieniach wyraźnie zaznaczył się lider grupy Marcin Kornak, który do listy proskrypcyjnej wpisał redaktora "Biuletynu" Grzegorza Wysoka. Warto przypomnieć, że Stowarzyszenie "Nigdy Więcej" współpracujące z Fundacją Batorego p. Georga Sorosa prowadzi akcje o charakterze propagandowym, głównie w okresie poprzedzającym przyznawanie przez instytucje Unii Europejskiej dotacji dla grup "walczących z nietolerancją". Jednak jak ustaliła w roku 2001 Prokuratura Rejonowa w Kłodzku (Sygn. Ds. 5158/00, prowadzący pan Marek Rusin), Marcin Kornak oraz Rafał Pankowski z "Nigdy Więcej" nie posiadają żadnych dowodów na tzw. nielegalne czy pozaprawne działania nacjonalistów, a ich publiczne wypowiedzi atakujące narodowców są zwykłym wymysłem. Tzw. "brunatna księga" jest więc typowo lewicowym humbugiem, mającym przekonać rozdzielających pieniądze unijne, że organizacje "antyfaszystowskie" są niezbędnym elementem w polskim życiu publicznym.
Tadeusz Zieliński
__________
12 VI 2010 roku w Krakowie wystąpił na konwencji wyborczej Janusz Korwin-Mikke. Kilka tysięcy osób, które przybyły na Rynek Główny powitało kandydata na urząd prezydenta RP wielkim aplauzem. Z entuzjazmem przyjęto słowa prezesa ugrupowania Wolność i Niezawisłość na temat Unii Europejskiej, euro, podatków, wolnego rynku, kary śmierci oraz prywatyzacji publicznych mediów. Wśród zgromadzonych na placu było kilka pokoleń wolnościowców, ale przeważali ludzie młodzi, krytykujący przeważnie obecną politykę oraz polskojęzyczne media, a wyrażający potrzebę wyboru nowego przywódcy niezwiązanego z dotychczasowymi układami. Poniżej prezentuję zbiór informacyjnych spotów wyborczych pana Korwina-Mikke odnoszących się do wartości konserwatywnych, a będących źródłem wiedzy na temat programu naszego kandydata.
Tadeusz Zieliński
Video 1:
Klipy wyborcze
Janusza Korwina-Mikke
Powyższy film można również obejrzeć
w lubelskiej rozgłośni pod adresem -
http://www.youtube.com/user/mndystrybucja
Redakcja "Biuletynu"
__________
Konwencja wyborcza
Janusza Korwin-Mikkego w Krakowie
Kilka tysięcy osób zebranych na placu pomiędzy pomnikiem Mickiewicza a kościołem świętego Wojciecha owacyjnie powitało Janusza Korwin Mikkego z małżonką. W tłumie widać duży transparent Unii Polityki Realnej i sporo flag biało-czerwonych. Niektórzy przyjechali na konwencję wyborczą na rowerach. Mało jest osób przypadkowych. Pytani o powód przybycia na Rynek odpowiadają, że podzielają poglądy kandydata "niemal od zawsze". Czasami słychać tylko westchnienie, że pewnie znowu się nie uda. Na wiecu widać kilka pokoleń wolnościowców, jednak wyraźnie dominują ludzie młodzi, studenci. Jeden z nich dość rozsądnie tłumaczy, dlaczego program JKM trafia właśnie do nich. Mówi, że młodzież zawsze jest bezkompromisowa, nie musi jeszcze myśleć o "ustawianiu się", dlatego więc może pozwalać sobie na prawdę. Na pytanie o powody, dla których popierają kandydata padają odpowiedzi o wolnym rynku, podatkach oraz za dużym udziale państwa w ich życiu. Kiedy wyrażam zdziwienie, że dla bardzo młodego na oko człowieka najważniejsze są akurat podatki dostaję po nosie odpowiedzią, gdyż prowadzi już przecież własną firmę.
Na Rynku spotykam też mówiącą po polsku obywatelkę USA. Nie zagłosuje, bo nie ma polskiego paszportu, ale przyszła, ponieważ podziwia kandydata, który przypomina jej libertarianina Rona Paula i to, co się wokół kampanii tego republikańskiego kandydata na prezydenta USA działo. Czterdziestolatek, który przyjechał na Rynek na rowerze rzuca z kolei, że popiera Korwina, bo jest kandydatem, który najlepiej broni naszych cywilizacyjnych podstaw tj. chrześcijaństwa, filozofii greckiej i rzymskiego prawa. Pytani o możliwość "straconego głosu" zauważają, że na wybór "mniejszego zła" będą mieli czas w drugiej turze, choć "może w ogóle nie warto wybierać jakiegokolwiek zła". Młodzi ludzie tłumaczą też swoją obecność niechęcią wobec mainstreamowej polityki i krytykują takowe media, nie dostrzegające ich kandydata. Ale tym razem było trochę inaczej. Krakowska konwencja zorganizowana przez miejscową UPR i WiP została strzeżona między innymi przez "Rzeczpospolitą". Dziennik tak cytuje Janusza Korwin Mikkego: "Państwo musicie tylko przekonać innych ludzi, że ten gość, którego tak rzadko pokazują w telewizji, w dodatku jako wariata oraz oszołoma, to jest normalny człowiek". Tymczasem na podium błyszczy Korwin Mikke. Jego wypowiedzi o dystansie wobec UE, obronie kraju przed euro, zmniejszaniu podatków, potrzebie kary śmierci, prywatyzacji publicznych mediów przyjmowane są z aplauzem. Niby "oczywista oczywistość", lecz przyjemnie usłyszeć publicznie takie wypowiedzi. Przez kilka godzin Rynek Główny był naprawdę wolnym Rynkiem.
Bogdan Usowicz
__________
Janusz liderem prawicy
Kończy się najnudniejsza chyba w historii III RP kampania wyborcza. Najdziwniejsze w niej było to, że im bardziej wiało śmiertelną nudą z wypowiedzi dwóch głównych, w gruncie rzeczy niczym nie różniących się kandydatów - tym bardziej zacietrzewieni byli ich zwolennicy z grupy tak zwanego twardego elektoratu. Co ciekawe, grupą dosłownie tryskającą paranoiczną nienawiścią byli tym razem zaciekli stronnicy PO. W prywatnych rozmowach niejednokrotnie zaskakiwali określaniem Jarosława Kaczyńskiego mianem np. "małego Fuhrera" oraz przekonaniem, że jeśli ów straszny polityk dojdzie do władzy to wsadzi ich do więzienia. O policyjnych skutkach prezydentury Komorowskiego żywo dyskutowali też wyznawcy PiS szczerze wierzący w to, że gdy "PO przejmie pełnię władzy" to nie będzie można być pewnym dnia ani godziny. Przypominało to w sumie nie tyle wybory, co walkę dwóch gangów, które zajmują się w gruncie rzeczy tym samym rozbójniczym procederem, ale oczywiście zależy im, by to ich herszt był górą, bo dzięki temu będą mogli uczestniczyć w dzieleniu zdobyczy.
Największym rozczarowaniem kampanii wyborczych był jednak p. Kornel Morawiecki, o którego socjalistycznym skrzywieniu wcześniej oczywiście słyszałem, jednak przysłaniał je nieco nimb odważnej konspiracyjnej przeszłości. Gdy usłyszałem nieco dokładniej, jakie poglądy ma przedstawiciel "Solidarności Walczącej", zwłaszcza jego enuncjacje o wychowaniu seksualnym to ponownie uświadomiłem sobie, w jak ogromnym stopniu posierpniowa opozycja była konglomeratem rozmaitych socjalistów. Wybory pokazały też, że na prawo od PiS liderem jest Janusz Korwin Mikke. Pan Marek Jurek, który chciał osiągnąć dobry wynik, tym razem, jeśli oczywiście wierzyć sondażom, obejdzie się smakiem, co zresztą akurat nie jest dziwne, bo jego wyborcy ulegli martyrologicznym aspektom kampanii Kaczyńskiego. Tymczasem na spotkania z Korwinem przychodziły tłumy. W Krakowie np. zebrało się na konwencji wyborczej dwa tysiące osób, i to w większości ludzi młodych. Na spotkania z tzw. głównymi kandydatami, mimo włożonych wielkich środków i masowej propagandy przychodziło mniej osób. Teraz trzeba zrobić wszystko, aby razem wykorzystać ten rosnący potencjał oraz nie zmarnować entuzjazmu ludzi, którzy zagłosują na najbardziej wyśmiewanego przez establishment, najmniej pokazywanego, a jednak najbardziej poważnego i odpowiedzialnego kandydata.
Tomasz Sommer
7 czerwca 2010
Korwin na prezydenta!
Rywalizacja o fotel prezydencki wkroczyła w ostatnią fazę, poparcie dla idei wolności rośnie, a prognozy są coraz lepsze. Po raz pierwszy pojawia się szansa, aby pokazać, że idee konserwatywne są znane i popierane przez wielu Polaków. Zachęcamy wszystkich ludzi dobrej woli do aktywnego włączenia się w kampanię wyborczą Janusza Korwin-Mikkego, którą tworzą zwłaszcza jego sympatycy. To nie jest wynajęty za pieniądze podatników sztab ludzi jak w przypadku kandydatów z pierwszych stron gazet. Jeszcze przez kilka dni mają Państwo szansę wziąć udział w autentycznej kampanii, której już niedługo zobaczymy efekty. Poniżej zamieszczamy krótki reportaż filmowy, gdzie red. Grzegorz Wysok wypowiada się na temat wyborów prezydenckich Roku Pańskiego 2010.
Redakcja "Biuletynu"
Video 1:
Głosuj na
Janusza Korwina-Mikke!
Powyższy film można również obejrzeć
w lubelskiej rozgłośni pod adresem -
http://www.youtube.com/user/mndystrybucja
Redakcja "Biuletynu"
__________
Walka o prezydenturę
Książę Piotr Kropotkin mawiał: "Cel niczym - ruch wszystkim!". Jednak w obecnej walce nie chodzi tylko o to by zamieszać, lecz aby osiągnąć kilka celów. Najtrudniejszy brzmi: wygrać! Jest to mało prawdopodobne, ale możliwe. I to nie dzięki temu, że Jarosław Kaczyński i Bronisław Komorowski polecą gdzieś na debatę jednym samolotem. W tych wyborach mogą się dziać dziwne rzeczy. Przede wszystkim drastycznie wzrosła liczba "obywateli", którzy odmawiają ankietującym odpowiedzi na pytanie na kogo będzie Pan/Pani głosować. Nie, nie tych co "nie wiedzą" lub "nie pójdą na głosowanie", ale tych, co twardo odmawiają odpowiedzi. Należy sądzić, że żaden z nich nie ma zamiaru zagłosować na tych, których faworyzują reżymowe media. Wystarczy zdobyć połowę głosów tych ludzi, by na pewno znaleźć się w drugiej turze. A wtedy, mając te głosy plus dużą część głosów tych, co poparli tego drugiego kandydata reżymu, który odpadł. Druga rzecz zdumiewająca jest taka, że ludzie nawet autentycznie mi życzliwi w ogóle nie wiedzą, że startuję zaś spora część nie wie, że będą wybory prezydenckie. Klasa polityczna nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo wyobcowała się ze społeczeństwa. Spora część "obywateli III Rzeczypospolitej" ma te wybory i całe życie polityczne w nosie. Być może już niedługo padnie hasło: "Dorżnąć tę watahę!".
Drugim celem jest propaganda. Wybory to jedyny okres, gdy reżymowa telewizja musi pokazać, że jednak istnieję i nadal żyję. My jesteśmy żywym wyrzutem dla Platformy wytykającym, że z liberalizmem ugrupowanie to już dawno się pożegnało. I żywym wyrzutem dla PiS, bowiem jest to partia, która zamiast konserwatyzmu głosi poglądy pasujące akurat do towarzysza Władysława Gomułki. Człowieka, który w tym teatrze absurdu nie bierze udziału do telewizji zapraszać nie chcą, i nawet im się nie dziwię. Ale z okazji wyborów - muszą z czego wynika, że trzeba startować. Trzecim celem jest uzyskanie jak najlepszego wyniku i to na pewno wyższego niż tych kandydatów, których nazwiska nie zaczynają się na "K". Cel jest jak najbardziej realny, a jego osiągnięcie daje ogromne nadzieje na przyszłość. Dla nikogo rozsądnego nie ulega przecież wątpliwości, że nieprawdopodobna wręcz głupota jednych, a niewiarygodna pazerność innych federastów muszą doprowadzić do kryzysu gospodarczego. Grecja to drobiazg. Nawet Hiszpania i Belgia są do uciągnięcia. W tej chwili jednak np. Francja i Niemcy oznajmiają, że nie są w stanie zwiększać wydatków na "ratowanie naszej Ziemi przed zmianami klimatu" co przecież marzy się co bardziej zakutym łbom z Brukseli, bo to jest obecnie najbardziej obiecujący "produkt" na którym chcieli zbijać kapitał. Gdy ten kryzys przyjdzie do Polski musimy być tą "trzecią siłą", by oczy ludzi nie skierowały się na pana Andrzeja Leppera czy Grzegorza Napieralskiego, tylko na nas. Dlatego w propagandzie nie mam zamiaru być umiarkowanym. Moim celem nie jest zdobycie 51 proc. głosów, 20, 15, 10 lub choćby 5, ale przekazanie przy tym sygnału, że wszystko bądź prawie wszystko jest nie w porządku. Że nie chodzi tu o zastąpienie śp. Lecha Kaczyńskiego Jarosławem Kaczyńskim czy p. Komorowskim, lecz o zasadniczą zmianę kierunku, w którym podąża Polska wraz z całą Europą i chyba całą Cywilizacją Białego Człowieka. Proszę się nie bać patosu Cywilizacja Białego Człowieka. Ktoś może się śmiać: Janusz Korwin-Mikke mający 3 proc. poparcia w niezbyt ważnym kraju Europy, będącej w tej chwili Szanownym Zadupiem Świata chce ratować całą Cywilizację. Jednak ktoś to robić musi, a jeśli założyć, że cywilizacja nie padnie - ktoś to kiedyś zrobi. Dlaczego nie Polak?
Polacy mają jakiś dziwny i nieprawdopodobny kompleks prowincjuszów. Gdy człowiek wysuwa jakiś projekt to pierwsze pytanie brzmi: "A czy ktoś gdzieś to już robił!?". Jak w Paryżu coś wypróbowano, to można ewentualnie i u nas. Ale samemu? Mazowsze jest takim samym obszarem naszej cywilizacji jak Szkocja, Andaluzja i Saksonia. Z jakiegoś taka kontrrewolucja wyjść musi, tylko dlaczego nie z Polski? Ja postaram się przede wszystkim przywrócić podstawowe zasady prawa: "Prawo nie działa wstecz", "Chcącemu nie dzieje się krzywda", ludzie nie są równi a kobiety powinny mieć przywileje, a nie "równe prawa". Jako zwierzchnik Sił Zbrojnych będę żądał zwiększenia wydatków na wojsko z tym, że nie na ludzi za biurkiem. O suwerenność III RP nie można już walczyć, bo ta została wskutek podpisu Lecha Kaczyńskiego utracona. Będę jednak dbał o możliwie duży zakres autonomii państwa w stosunku do UE oraz strzegł tego, by armia nie została podporządkowana "euro komendanturze" i zawetuję próby wprowadzenia euro. Wniosę też o reformę sądownictwa. Wreszcie w stosownym momencie zgłoszę projekt zasadniczej zmiany Konstytucji: utworzenia Rady Stanu, która przejęłaby od rządu wszystkie funkcje projektowania ustaw. Nie łudźmy się: doskonale wiem, że w Europie Zachodniej jest znacznie gorzej niż w Polsce i że to właśnie stamtąd nadciąga najgorszy kryzys moralny, gospodarczy oraz polityczny. Więc ja tu w Polsce w dalszym ciągu będę prowadzić krucjatę w obronie wartości naszej cywilizacji. Nie mam żadnych kompleksów i nie pozwolę sprowadzić się z obranej drogi.
Janusz Korwin-Mikke











